MLA recenzuje: ONEREPUBLIC

onerepublic-native(fot. allaboutmusic.pl)

Jakoś nigdy nie przepadałam za zespołami koldplejopodobnymi, bo zawsze miałam problem z odróżnieniem jednej piosenki od drugiej. Nie mogłam ponadto uwolnić się od wrażenia, że wszystkie grają na jedno kopyto – w przypadku OneRepublic jest zupełnie inaczej. Przyznam szczerze, że do tego akurat zespołu przez dość długi czas podchodziłam jak pies do jeża i byłam bardzo oporna w przekonaniu się do ich twórczości. Po przesłuchaniu płyty Native pokornie jednak przyznaję: niesłusznie!

Mówi się, że debiut przeważnie zawsze jest ogromnym sukcesem, druga płyta bywa taka sobie, ale tak naprawdę największym eksperymentem dla artysty jest właśnie ten trzeci krążek. W jakiś niezwykły, magiczny wręcz sposób album Native mnie zachwycił – i nie mówię tylko o przepięknej okładce. Na dwóch poprzednich płytach OneRepublic przyzwyczaili swoich słuchaczy do chwytliwych, łatwo wpadających w ucho melodii i inspirujących tekstów; te dwa elementy pozostały niezmienne i wciąż są najsilniejszymi punktami twórczości grupy. Jednak w porównaniu do Waking Up ten krążek jest znacznie bardziej melancholijny i nastrojowy. Ciepły, przyjemny i sympatyczny – podczas słuchania pozytywne emocje gwarantowane.

Native jest albumem bardzo spójnym, znacznie bardziej dopracowanym niż dwie poprzednie płyty. Ciekawe aranżacje, inspirujące i charyzmatyczne teksty – oto siła OneRepublic! Członkowie zespołu przyznają, że inspirują ich Coldplay, U2 czy The Beatles, ale zachowują przy tym swój styl i są w tym bardzo konsekwentni. Mi szczególnie przypadł do gustu rdzenny, wręcz „tubylczy” klimat płyty – moim numerem jeden jest utwór Light it up i ten właśnie utwór uważam za najlepszy na Native. Początkowy wokal przypomina nieco indiańskie pieśni, a motyw ten przewija się przez całą piosenkę; niejako dopełnia go gospelowe Preacher.

Do moich faworytów mogę zaliczyć na pewno Can’t stop, najszybszy, powiedziałabym nawet taneczny kawałek Feel again czy melancholijne Au Revoir. Utwór Love runs out to typowy hit radiowy (ale nie jest kiczowaty), zaś Something’s gotta give to udany eksperyment z brzmieniem retro. Lubię teksty I lived, Burning bridges, Counting stars. Może niezbyt przypadł mi do gustu utwór Something I need, ale nie psuje on generalnego odbioru płyty – ponadto uważam ją za jeden z najlepszych albumów 2013 roku.

Podoba mi się niewymuszony luz muzyków OneRepublic. Nagrania zespołu są złotym środkiem między popem a indie rockiem, a głos Ryana Teddera jest bardzo ciepły i przyjemny dla ucha. Silnym punktem OneRepublic są również teksty: tak jak i na poprzednich dwóch płytach, głównym kompozytorem jest charyzmatyczny Tedder. Wokalista ma talent do pisania i tego nie można mu odmówić – stworzonych i wyprodukowanych przez niego utworów po prostu się słucha! Choć recenzenci z AllMusic.com czy Q nie szczędzili słów krytyki nazywając piosenki na Native „nudnymi, bez charakteru i banalnymi”, ja kompletnie się z nimi nie zgadzam i uważam, że teksty te jak najbardziej zasługują na wyróżnienie. To bogata treść w zwięzłym przekazie: mnie teksty na Native ujęły i uważam, że w prostych słowach można przekazać wiele piękna o życiu.

Native to dobra płyta: rytmiczność muzyki pop łączy się na niej z mądrym, pozytywnym przekazem. Spokojniejszy niż Waking up i znacznie bardziej dopracowany niż Dreaming out loud, ten album niewątpliwie ma coś w sobie. Czekam z niecierpliwością na czwarty krążek – być może okaże się on przełomowy dla OneRepublic i nada ich brzmieniu nowy kierunek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s