Dlaczego lubię Lanę Del Rey? (cz. II)

lena_del_rey

<< CZĘŚĆ PIERWSZA (KLIK)

Długa lista sekretów

Tak, jestem w pełni świadoma, że na temat początków kariery Lany narosło już tyle legend, że nie wiadomo, co jest prawdą. Z dużą dozą prawdopodobieństwa pojawiła się w show-businessie dzięki finansowej pomocy swojego taty, ale który rodzic nie chce wspierać pasji swojego dziecka? Podobno Rob Grant kontroluje karierę córki, trzymając pieczę zarówno nad finansami, jak i nad trasami koncertowymi. Gdy ten zarzut został wyciągnięty na wierzch, hejterzy momentalnie zatarli ręce: bogaty tatuś w dodatku jest pazernym potworem! Ja myślę jednak, że są ku temu powody (choć zaznaczam, że opowieści o przeszłości piosenkarki też nie możemy być w stu procentach pewni). Mimo, że pochodzi „z dobrego domu”, młodziutka Elizabeth była niezłą rozrabiaką: w kulisach Wielkiego Świata szepce się o jej uzależnieniu od narkotyków i alkoholu, włóczęgach w towarzystwie artystycznej bohemy oraz o związkach ze sporo starszymi mężczyznami. Spytam więc: czy to źle, że Lana ma wsparcie od osób, które są dla niej ważne? Szczerze mówiąc cieszę się, że Rob Grant jest zaangażowany w karierę córki – myślę, że pobudki nim kierujące to raczej zapobieganie zachłyśnięciu się Lany show-businessem. Branża muzyczna niejedną gwiazdę wyniosła na piedestał i hołubiła ją tak długo, jak była dumą wytwórni (wyrażaną w dolarach) – nie muszę chyba podawać przykładów gwiazd, które zmagają się z licznymi uzależnieniami, odwykami, problemami rodzinnymi czy chorobami. Patrząc dodatkowo na niezbyt „czystą” przeszłość Elizabeth, to zdecydowanie lepiej zapobiegać niż leczyć. 

Mnie podoba się cały ten wizerunek jakby nieco wycofanej dziewczyny, która prezentuje się raczej dumnie i dostojnie niż nago i błyszcząco. Najbardziej jednak jest mi bliski ten określony typ wrażliwości na świat, skromność, szacunek dla religii w życiu, a przede wszystkim oczy, które są zwierciadłem duszy. Niby i spojrzenie można wytrenować przed lustrem: jeśli chodzi o strojenie minek Lana jest rzeczywiście mistrzynią. Nawet jeśli historie o jej przeszłości są wymyślone na potrzebę promocji, wizerunek się broni – wokalnie bywa raz gorzej, raz lepiej. Niestety, w sieci nie znajdziemy już pełnej wersji słynnego wykonania Blue Jeans z programu Saturday Night Live – dla spragnionych wrażeń: 50 sekund występu i głos, który brzmi jak podłożony), ale milsze wrażenia słuchowe zostawia Video games z programu Davida Lettermana.

Umówmy się: przed laty obalono również talent wokalny Enrique Iglesiasa i nikomu nie muszę udowadniać, że śpiewać nie potrafią m.in. Katy Perry czy Rihanna. Nawet moja ulubiona piosenkarka Medina zaliczyła wokalną wtopę, ale na porażkę przed publicznością składa się wiele czynników – zdarza się, że artysta naprawdę nie ma czasu przygotować się do występu. Słowem: skrzeczenie do mikrofonu i niewyciąganie ozdobników zdarza się najlepszym i musimy się do tego przyzwyczaić.

Pogrzebać Lizzy Grant

Piosenkarce i jej managementowi zarzuca się, iż wszelkie nagrania z wczesnych lat nagle zniknęły z iTunes; wydaje się, jakby sama Lana chciała zatuszować ten dawny wizerunek i dawne brzmienie. Czy i tego samego nie zrobiła Stefani Germanotta, zanim stała się Lady Gagą? Zniknęła więc Lizzy Grant, pseudonim, pod którym wydane zostały pierwsze dwa albumy Elizabeth: Sirens (2005) oraz Lana Del Rey aka Lizzy Grant (2010), i narodziła się Lana Del Rey. Pierwsze piosenki wyciekły jednak jakiś czas później i dziś są ciekawym elementem dyskografii. 

Lana wiedziała, kiedy pojawić się na muzycznej scenie i sprawić, by było o niej głośno. Wykorzystała moment słabości przygasających gwiazd Lady Gagi, Christiny Aguilery, Rihanny czy Katy Perry, jednocześnie podłapując nieco inspiracji od Adele i Amy Winehouse. Będąc od nich tak różną, postanowiła wykorzystać tę siłę. Udało się modelowo, bo publiczność była już zmęczona mdłym popem i etapowaniem wulgarnością: ile można sapać do mikrofonu i łapać się w kroku. Wizerunek Lany był tak kompletnie inny od tego, który reprezentują wyżej wymienione gwiazdy, więc z samej zasady przeciwieństwa po prostu musiał zaowocować sukcesem. Zabudowane sukienki, elegancja, kwiaty wplecione we włosy, a wszystko to okraszone niskim głosem i brzmieniem retro – i oto mamy przepis na gwiazdę. Lana potrafi być elegancka nawet wtedy, gdy śpiewa I’m tired of feeling like I’m fucking crazy (Ride), Fuck yeah, give it to me this is heaven, what i truly want (Gods and monsters) czy My pussy tastes like Pepsi Cola (Cola). 

CZĘŚĆ TRZECIA >>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s