Tam, gdzie muzyka gra (cz.I)

CZĘŚĆ DRUGA >>

936448_10151475522578564_1662648148_n

Dziś będzie letnio, lekko, wakacyjnie i podróżniczo, wciąż z muzyką w tle. Mam to niesamowite szczęście, że wiele podróżuję i w swoim życiu zobaczyłam już wiele pięknych miejsc. Jako turyści zazwyczaj skupiamy się na zabytkach, smakach, zapachach i atmosferze miast, które odwiedzamy – te elementy podróży mi jednak nie wystarczają. W obcych miastach moje muzyczne ucho „rozgląda się” jeszcze uważniej i dokładniej w poszukiwaniu ciekawej muzyki i, co ciekawe, ZAWSZE znajduje coś niesamowitego. Zapraszam więc w małą podróż po moich ulubionych muzycznych miejscach za granicą, które pokochałam dzięki dźwiękom. W następnym zaś odcinku zapraszam do odwiedzenia ze mną kilku lokali w Polsce.

Nie mogłam nie zacząć od najbardziej aktualnych dla mnie wydarzeń… 😉 Powiem szczerze: w tak „odpicowanym” miejscu jeszcze nigdy nie byłam, a w mojej clubbingowej historii już trochę zobaczyłam. Znajdujący się w prestiżowej dzielnicy EUR Palazzo dei Ricevimenti e dei Congressi został wybudowany z inicjatywy Benito Mussoliniego: w 1942 roku Wieczne Miasto miało być gospodarzem światowej wystawy EXPO, lecz plan ten pokrzyżowała II wojna światowa. Dziś budynek jest przeznaczony do użytku publicznego: za dnia odbywają się w nim różnego rodzaju spotkania biznesowe, wystawy, spotkania, a nawet wiece polityczne. 

W sobotnie, letnie noce zaś na tarasach odbywają się dyskoteki na naprawdę wysokim poziomie – swoje występy mieli tam m.in. Tiësto, David Guetta, Dimitri Vegas & Like Mike i Hardwell, a sylwestrową noc 2013 Palazzo powitał zaś setem słynnego niemieckiego dj-a Paula Kalkbrennera. Obejrzałam zdjęcia z tej imprezy i zzieleniałam z zazdrości – klubowy odjazd na pełnych obrotach! Nie dość, że widoki z tarasów na nocny Rzym są naprawdę nieziemskie, to w dodatku świetna muzyka, która brzmi wieczorami. Balety zaiste wyborne, jak mawia klasyk.

Naprawdę myślałam, że trudno będzie pobić Cacao, również dyskotekę pod gołym niebem z Turynu (parę słów o tym lokalu poniżej), ale chyba jednak Le Terrazze wygrywają w moim osobistym rankingu. Lubię imprezy z dobrym, elektronicznym brzmieniem house, trance czy lżejszym drum’n’bass i takie właśnie brzmienia usłyszeć można w Palazzo. Poza tym obowiązuje tam dość mocno przestrzegany dress code, więc zbyt „odlotowo” ubrani goście po prostu nie wejdą. Dodatkowym elementem, która uatrakcyjnia wieczory, jest występ zaproszonej grupy taneczno-akrobatycznej – niektórzy mogą zarzucić, że to nabijanie jeszcze większej pompy w i tak już napuszonym towarzystwie, ale w taki sposób „dodaje się” imprezom ekskluzywności (notabene: również w Polsce). 

 Tu filmik z Halloween z 2012 roku: imprezę w egipskim stylu swoją obecnością zaszczycił holenderski dj i producent muzyczny Sander van Doorn. Mogę sobie tylko wyobrazić, jacy artyści zagrają jeszcze na Le Terrazze!

Jakkolwiek gorzko mówię o moim pobycie w Turynie, to jest jedno miejsce, za które dałabym się pokroić. I obiecuję, że wrócę tam choćby nie wiem co – Cacao to klub, który naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Lokal jest ogromny i piękny, co zawdzięcza licznej roślinności wokół – a to naprawdę robi wrażenie. Z jednej strony kształt amfiteatru to niewątpliwa zaleta, z drugiej zaś zmora: oficjalna impreza otwierająca sezon letni była przekładana przez prawie miesiąc ze względu na złośliwie padający w maju deszcz. Opłacało się jednak czekać, bo to, co zobaczyłam po wejściu autentycznie zapiera dech w piersiach: klub ma wiele „tarasów” i przez to imprezować można na wielu poziomach. Cacao słynie ze swoich imprez tematycznych: Splash, Only good times, Tutti Frutti, Hed Kandi czy Fluo, podczas których lokal wypełnia się po brzegi przebranymi balangowiczami. Odbywają się tam również różne koncerty – może nie jest aż tak prestiżowo jak w przypadku Le Terrazze, ale w Cacao wystąpili m.in. Gigi d’Agostino czy Ligabue.

Jeśli chodzi o muzykę w Cacao, to… zależy kto rządzi za konsoletą. Miałam okazję poznać dj-ów z Mostricci Party, którzy obskakiwali większość imprez w Turynie i, powiem szczerze, ich zestawy były dość powtarzalne. Zdarzało się, że praktycznie identyczne sety słyszałam w Cacao, Centralino i Lapsusie, więc po jakimś czasie miałam już wprawę w wyłapywaniu kawałków. Z drugiej jednak strony panowie mają dość szerokie horyzonty muzyczne i w ciągu jednej imprezy można było usłyszeć zarówno r’n’b, hip-hop, trance, drum’n’bass, dancehall, a nawet Far East Movement zremiksowane z Nirvaną. Choć brzmi niedorzecznie, do tańca nawet się nadawało.

Dzięki imprezom w Turynie miałam okazję przypomnieć sobie kilka starych, ale jarych  klasyków. Be faithful, Shake senora, Who i Sexy cherry to tylko kilka piosenek, które każdy zna, ale nigdy nie pamięta, jak się nazywają. O kawałku WARP 1.9 i temu nagraniu podobnym zwykłam mówić „Turyn, 5 nad ranem”. Fakt: o tej porze wszyscy byli już w takim stanie, że naprawdę obojętne im było, co leci w tle. I to dość często wjeżdżała taka młócka… Niemniej jednak: One, two, WHOOP WHOOP!

Od imprezowych baunsów przechodzimy do nieco spokojniejszych klimatów: Pan e Salam to raczej miejsce spotkań przy dobrym winie czy spritzu. O taneczne szaleństwa raczej tam trudno, bo lokal maleńki, ale za to jego dusza tkwi w muzycznym zapleczu, które oferuje. W zasadzie to najbardziej polubiłam go za tę różnorodność gatunków: w trakcie pobytu w Gemonie bywałam tam dość często, a lokal zaskakiwał mnie co rusz to nowymi brzmieniami. Jednego wieczora słuchało się tam U2, Red Hot Chili Peppers czy Boba Dylana, któregoś dnia Flyleaf, jeszcze innego stare dobre r’n’b z czasów Aaliyah. Pozornie gatunki nie do pogodzenia – i właśnie chyba to sprawiło, że tak polubiłam to miejsce, bo sama jestem bardzo różnorodna muzycznie. 

A poza tym wino mają ta naprawdę świetne. Nie miałam również nic przeciwko temu, by poranek przed zajęciami rozpoczynać espresso – prawdziwie włoskim, z mocą. A po południu przychodziło się na spritza…

… I nigdy nie kończyło się tylko na jednym. Muzyka w Pan e Salam krąży wokół baristów i klientów, przyjemnie ich otula i tworzy niesamowity klimat. Polecam szczególnie usiąść sobie z kieliszkiem przy wielkich, drewnianych beczkach tuż przed wejściem do lokalu – wspaniałe widoki na wąskie, malownicze uliczki maleńkiej Gemony są naprawdę niezapomniane! A zresztą obejrzyjcie sami!  

Na kawę tylko do Lwowa. Nie istnieje żadne inne miasto o tak niezwykłej atmosferze jak Lwów – na każdej ulicy, placu czy nawet w najmniejszym zakątku można raczyć się kawą tak wspaniałą, że aż dech zapiera. I, uwierzcie mi, niezwykle trudno jest mi wybrać moje ulubione miejsce w tym mieście, bo w każdym z lokali zachwycam się zupełnie inną muzyką.

Gloria Jean’s skradła moje serce jazzowymi aranżacjami znanych utworów. Zaledwie dwa kroki od słynnego pomnika Mickiewicza usłyszałam najciekawsze Smoke on the water, Smells like teen spirit czy Like a virgin – a covery tego typu wręcz uwielbiam i słucham ich z przyjemnością. Ciepłe, jazzowe dźwięki doskonale uzupełniają się z gustownie urządzonym wnętrzem kawiarni, a spędzanie tam czasu to prawdziwa przyjemność. Polecam niespoglądanie na zegarek i niekontrolowanie wciąż telefonu – w Gloria Jean’s naprawdę warto choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co mamy do zrobienia i… po prostu usiąść z filiżanką. I słuchać. Pięknie, zmysłowo i pobudzająco wyobraźnię – uwielbiam. 

Bardzo żałuję, że ze względu na niespokojną sytuację na Ukrainie w tym roku nie będę mogła odwiedzić Lwowa. Mam jednak nadzieję, że konflikt polityczny szybko zostanie zażegnany: z tęsknotą czekam na kolejną kawowo-muzyczną podróż!

A jakie są Wasze ulubione muzyczne miejsca na świecie? Gdzie i jaka muzyka skradły Wam serce? Wiecie, gdzie mnie znaleźć: musiclikeair@gmail.com 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s