Muzyczno-filmowy luty: ulubione soundtracki (cz. I)

Więź między filmem a muzyką jest niepodważalna – wszyscy kojarzymy motywy z klasyków takich jak Psychoza, 2001: Odyseja kosmiczna, Ojciec chrzestny czy Dziecko Rosemary. Choć nie jestem kinomaniakiem, lubię czasem obejrzeć dobry film; oprócz fabuły zwracam również uwagę na ścieżkę dźwiękową. Z okazji zbliżającej się 87. ceremonii wręczenia Oscarów luty postanowiłam poświęcić muzyce i filmowi – w dzisiejszym wpisie prezentuję moje ulubione soundtracki.

#1. Vangelis, 1492: Conquest of Paradise (1492: Wyprawa do raju, reż. Ridley Scott, 1992 r.)

Vangelis jest mistrzem ścieżek dźwiękowych, a jego muzyka czyni z filmów prawdziwe arcydzieła. Grecki instrumentalista ma na swoim koncie soundtracki do produkcji takich jak Blade Runner, El Greco, Aleksander czy Rydwany ognia. Zanim jeszcze obejrzałam Wyprawę do raju, dzięki mojemu Tacie doskonale znałam soundtrack z tego filmu – urodziłam się w 1992 roku, więc ta płyta jest w dodatku wspomnieniem dzieciństwa. Subtelna i nastrojowa, niezwykle delikatna, ale i mroczna, tak określiłabym klimat tej płyty; jest doskonałym uzupełnieniem filmu. Moje ulubione kompozycje to Light And Shadow, Hispanola, Moxica And The Horse oraz finałowa, przepiękna Pinta, Nina, Santa Maria (Into Eternity).

#2. VA, Surf’s Up (Na fali, reż. Ash Brannon i Chris Buck, 2007 r.)

Mam 22 lata i przyznaję bez wstydu: bardzo lubię filmy animowane. Pod warunkiem, że są one ambitne i opowiadają fajną historię – a do takich z pewnością należy Surf’s Up. Choć głównymi bohaterami są pingwiny, przeżywają typowo ludzkie problemy: młodzieńcza pasja, brak poparcia i zrozumienia ze strony rodziców, walka o swoje marzenia i szalone przygody. Film obejrzałam z wielką przyjemnością i często do niego wracam; bardzo przyjemny jest również soundtrack. Surfersko-luźne klimaty, mieszanka reggae, rocka i hip-hopu oraz kilka świetnych ballad to jedna z moich ulubionych płyt na gorsze chwile. Och, no i absolutnie zakochałam się w kawałku Big Wave Pearl Jam!

#3. Mike Oldfield, Tubular Bells Part One (Egzorcysta, reż. William Friedkin, 1973 r.)

Dzwony rurowe to kolejne dźwięki mojego dzieciństwa. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że kompozycja Tubular Bells Part One została wykorzystana jako motyw do filmu Egzorcysta… Przyznam, że w pierwszej chwili zbierałam koparę z podłogi, ale później stwierdziłam, że nie wyobrażam sobie lepszej ścieżki dźwiękowej do tego filmu. Mroczna, pełna narastającej grozy, wciągająca jak diabli. Największe wrażenie wywarła na mnie końcowa część Tubular Bells Part One, kiedy to Oldfield gra po kolei tą samą sekwencję dźwięków na wszystkich używanych instrumentach. Mam ciarki za każdym razem, gdy sięgam po dzwony rurowe.

CZĘŚĆ DRUGA >>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s