MLA recenzuje: MG

Martin L. Gore to postać kultowa dla historii muzyki – założyciela Depeche Mode i głównego autora tekstów zespołu nikomu nie trzeba przedstawiać. W przerwie między nagraniami depeszów muzyk nie próżnuje i rozwija swoje indywidualne projekty: od zawsze zafascynowany był brzmieniem elektroniki, ale dopiero w 2015 wydał swój pierwszy solowy album. Minimalizm, mroczne klimaty i niezwykle bogaty materiał czynią z krążka MG udany debiut. Jak miło cię znów usłyszeć, Gore!

(recenzja ukazała się na Kinkyowl w maju 2015)

Na muzycznej ścieżce Gore’a pojawiło się już kilka stricte elektronicznych inicjatyw – w 2010 roku muzyk współpracował z Bomb The Bass przy utworze Milakia, zaś w 2012 nagrał trzy EP-ki w ramach projektu VCMG z Vince’m Clarkiem. Do nagrania całkowicie instrumentalnego albumu przymierzał się już od jakiegoś czasu, ale prace nad nim rozpoczął dopiero po zakończeniu trasy Delta Machine z Depeche Mode. Elektronika to zdecydowanie jego klimaty i trzeba przyznać, że płyta MG tylko podkreśla to, jak wszechstronnym twórcą jest Gore – to album bardzo filmowy, brzmi jak soundtrack do produkcji science-fiction lub filmu akcji.

Chciałem, by moja muzyka brzmiała bardzo elektronicznie, filmowo. Jestem świadomy siły przekazu czystej, pozbawionej wokalu muzyki – wierzę, że emocje można oddać za pomocą brzmienia i klimatu albumu. Wszystko to chciałem zawrzeć na płycie, bo muzyka jest dla mnie koniecznością,

jak sam przyznał Gore. Jego słowa potwierdzam i przyznaję, że MG to fascynująca opowieść bez słów. Minimalistyczna oprawa muzyczna otwiera tym samym rozmaite możliwości dla wyobraźni. Płytę otwiera mroczny i nieco dramatyczny utwór Pinking – to doskonałe intro, które jest zapowiedzią muzyki na bardzo wysokim poziomie. Swanning momentalnie skojarzył mi się z klimatem filmu grozy, ale ciarki podczas słuchania uważam za przeżycie jak najbardziej pozytywne. Industrialny Exalt ze świetnymi syntezatorami przypomina jakby podwodny świat, a rytmiczno-minimalistyczny Brink doskonale sprawdziłby się na rave’owej imprezie. W Stealth duży props za nieprzewidywalność i eksperyment ze stylem glitch; nie każdy potrafi sobie z nim poradzić, a Gore zrobił to naprawdę dobrze. Groźny i niepokojący Creeper doskonale dopełnia się ze Spiral, Crowly czy Trystying: te utwory są dla mnie jednymi z lepszych na płycie.

Promo singiel, Europa Hymn, nieco różni się od całej reszty MG; to jedyny utwór, który ma w sobie dużo światła i spokojnego rytmu. Mój numer jeden to Crowly: najgłośniejszy, najbardziej rytmiczny i brzmiący jak minimal. O utworze Southerly napisałam sobie „słodko-gorzki, delikatno-ciężki, a przez to ciekawy” – podoba mi się, że kompozycje Gore’a są złożone i bogate w różne elementy. Stopniowo budują napięcie i ciekawość u słuchaczy; z niecierpliwością oczekuje się kolejnego utworu. Przyznam, że zamykający płytę utwór Blade kończy się dość niespodziewanie (chciałoby się posłuchać jeszcze, a tu już ostatni, szesnasty kawałek) i pozostawia lekki głód muzyki, ale być może taki właśnie był zamysł autora. Historię opowiedzianą za pomocą dźwięków każdy ze słuchaczy może zakończyć wedle swojego pomysłu.

Martin L. Gore robi wrażenie tym, jak potrafi przekazać wszystkie swoje emocje syntezatorom i stworzyć z nich piękne, szalenie ciekawe utwory. Mam na tym albumie swoich ulubieńców, ale niektóre z nich zostawiają lekki niedosyt, historie wydają się być niedokończone. Niemniej jednak debiut uważam za udany i z wielką chęcią zanurzyłam się w mroczno-elektroniczny świat Martina L. Gore’a. Niecierpliwie i przewrotnie spytam: kiedy trasa?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s