Diamentowa diwa. Marina and The Diamonds @ Le Botanique (Bruksela)

Wizyta w Brukseli zbiegła się w czasie z moimi urodzinami – nie mogłam wymarzyć sobie lepszego prezentu, niż koncert jednej z ulubionych artystek. Marina and The Diamonds skradła mi serce swoją ostatnią płytą, FROOT, a tegoroczna późna majówka okazała się strzałem w dziesiątkę. Walijska piosenkarka wystąpiła w Brukseli w ramach Les Nuits, belgijskiego festiwalu muzycznego – o koncercie dowiedziałam się od mojej przyjaciółki i nie trzeba było mnie do niego zbytnio zachęcać!

Ogromnie żałowałam, że przepadł nam zeszłoroczny koncert Ellie Goulding w Warszawie, więc w przypadku Mariny nie mogłam odmówić. Płytą FROOT zachwycałam się już tu i tu; uważam, że to wspaniały, niezwykle dojrzały album, który jest jednocześnie i smutny, i piękny. Diamandis była do tej pory artystką bardzo niedocenianą, ale ostatni krążek zdecydowanie zmienił jej pozycję na rynku muzycznym. Nie ukrywam, że nowe brzmienie Mariny jest mi szczególnie bliskie ze względów osobistych; również i ja mam za sobą parę gorzkich historii, a na mniejsze lub większe smutki idealnie pomagała właśnie płyta FROOT. Tym bardziej ciekawa byłam, jak nowy materiał będzie brzmiał na żywo i przyznaję: bardzo, ale to bardzo dobrze!

Koncert rozpoczął energetyczny utwór Bubblegum Bitch – obstawiałam, że będzie to właśnie ten (nawet sama Marina przyznała kiedyś, że to jeden z jej ulubionych kawałków). O ile płyta Electra Heart nie jest moją ulubioną, to akurat za tą piosenką szaleję; doskonały początek koncertu i istny ogień na scenie! Bardzo spodobały mi się wykonania Forget, I Am Not A Robot i Savages (energia, energia i jeszcze raz energia!), a i innymi świetnymi punktami koncertu były niemalże akustyczne wersje Happy i Obsessions. Marina usiadła do pianina i zagrała te dwie ballady w naprawdę poruszający sposób; w spokojniejszych utworach pokazała siłę swojego głosu. Synthpopowy Froot, dynamiczne Hollywood i Primadonna, popowy Oh No!, delikatny Blue czy radosny Radioactive – każdy z tych utworów pokazał wokalne umiejętności Mariny.

Najważniejszym i najpiękniejszym dla mnie momentem była dla mnie piosenka I’m A Ruin – moje serce w stu procentach należy właśnie do niej i nie ukrywam, wzruszyłam się (; Koncert zamknął najbardziej znany utwór Mariny, przebojowy How To Be A Heartbreaker; nawet opuszczając Le Botanique wciąż czułam pozytywną energię tego kawałka! Dobór utworów na występ w Brukseli uważam więc za bardzo dobry – co prawda nie usłyszałam np. Lies, Weeds czy Starring Role, ale piosenki z poprzednich płyt Mariny zgrabnie łączyły się z jej najnowszymi nagraniami. Energetyczne, szybsze kawałki przeplatały się z wolniejszymi balladami, a koncert pełen był doskonałych wykonań.

Wokalnie Marina mnie zachwyciła: brzmiała bardzo dobrze, pewnie i z energią. Wykonania na żywo niemalże nie różniły się od tych, które można usłyszeć na płycie, choć nie obyło się co prawda bez małej wpadki przed Primadonna. Piosenkarka uroczo przyznała: Oops, I fucked up!, po czym, z uśmiechem, zaczęła jeszcze raz. Choć podczas słuchania płyt Electra Heart i The Family Jewels miałam mały problem z dopasowaniem repertuaru do aranżacji, na albumie FROOT wokalistka znalazła złoty środek dla swoich kompozycji. Niezwykle silny i ekspresyjny głos Mariny dodał charakteru utworom z poprzednich płyt; w Le Botanique usłyszałam świetne, o wiele dojrzalsze wykonania I Am Not A Robot, Radioactive czy Hollywood i przyznaję, że brzmiały świetnie.

Jestem również pod ogromnym wrażeniem charyzmy Diamandis. Z całego serca podziwiam szczerość jej tekstów, bardzo oryginalny wokal oraz sposób, w jaki prezentowała się na scenie – była niezwykle kobieca, pewna siebie i subtelnie seksowna. I szalenie, ale to szalenie zazdroszczę sylwetki (najlepsza motywacja treningowa na świecie!) – krąży plotka, iż Marina była w związku z brytyjskim dj’em Burnsem (pisałam o nim tutaj, KLIK), lecz ta relacja dość szybko się rozpadła. Jeśli te muzyczno-wizerunkowe zmiany są efektem rozstania, to zdecydowanie wyszły Marinie na dobre. Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to kwestie techniczne – ewidentnie coś było nie tak z basami (momentami „trochę” za mocno tłukło), a nie do końca dobrze dobrane oświetlenie znacznie uniemożliwiało robienie dobrych zdjęć.

Belgijska majówka była najlepszym prezentem urodzinowym, jaki mogłam sobie wymarzyć. Występ Marina and The Diamonds był świetnym wydarzeniem, które na długo zapamiętam – dostarczył mi całe mnóstwo pozytywnej energii i kobiecej siły, których bardzo potrzebowałam. Mam również nadzieję, że w ramach trasy Marina odwiedzi wreszcie Polskę; jeśli nie, to pod koniec swego występu w Le Botanique zapowiedziała ponowny koncert w Brukseli gdzieś w okolicach jesieni. Póki co mam już optymistyczne hasło na wiosnę/lato: Rule number one is that you gotta have fun!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s