3 dni na Kreuzbergu. Berlin Festival 2015 – relacja

Na trzecią część mojej majówki wybrałam się do Niemiec – na tegorocznym Berlin Festival po prostu trzeba było się pojawić! 3 dni spędzone na Kreuzbergu wypełnione były świetną muzyką i nieporównywalną z żadnym innym eventem atmosferą. 10. edycja festiwalu musiała odbyć się z przytupem – na sześciu scenach wystąpiło 90 artystów, w Arena Park bawiło się ponad 15 000 osób, a bogaty line up zadowolił zarówno fanów elektroniki, jak i hip hopu czy innych brzmień.

Przez wszystkie dni najczęściej wybieranym przeze mnie miejscem była scena Main – zarówno ze względu na występujących na niej wykonawców, jak i samo jej położenie. Gdy wychodziło się z niej o wczesnych godzinach porannych, miało się niesamowitą okazję zobaczyć wschód słońca nad rzeką… i uderzyć na kolejną imprezę na plażowej scenie Club der Visionare. Choć nie udało mi się dotrzeć do wszystkich atrakcji Arena Park, bardzo pochwalę ich bogactwo – był i kącik foodtruck’ów dla smakoszy, zajęcia taneczne, budki fotograficzne, makijażystki czy warsztaty z plecenia wianków.

Dzień pierwszy: elektroniczny początek!

Piątek zapowiadał się w stu procentach elektronicznie – tego wieczora na Mainstage zaprezentowali się Tiga, GusGus, Marek Hemmann i Ten Walls. Różnorodne odcienie elektroniki brzmiały dobrze i ciekawie; line up ułożony był od bardziej klubowego bujania aż po minimalowe szaleństwa. Tiga zagrał z dobrą energią (starsze kawałki w nowej, wspomaganej silnym basem wersji – petarda!) i dobrze rozbujał scenę. Po GusGus spodziewałam się dobrego występu pełnego pulsującego rytmu i tak też było; bardzo pochwalę wybrane na ten wieczór utwory. Marek Hemmann nieco mnie zaskoczył, bo do tej pory znałam raptem kilka jego kawałków, a podczas Berlin Festival miałam przyjemność usłyszeć go w pełnej krasie. Mimo wielu zmian tempa set brzmiał spójnie i z pazurem.

Nie ukrywam, że najbardziej czekałam na Ten Walls – tego litewskiego dj’a poznałam dzięki piorunującemu kawałkowi Walking With Elephants. Nie rozczarowałam się, bowiem jego godzinny set był wysublimowany i tajemniczy; usłyszałam m.in. Requeim, Gotham czy najnowszy utwór, Sparta.

Dzień drugi: mistrzowski Dixon, niespecjalny Kalkbrenner

Niestety nie udało mi się dotrzeć ani na seta Howling, ani Pan Pot – trochę przedłużył nam się after ;-), i pojawiłam się dopiero na występie Cheta Fakera. Lubię tego australijskiego wokalistę, ale nie szaleję za nim jakoś specjalnie, stąd mój średni entuzjazm. Mam również parę uwag co do nagłośnienia, bowiem drugiego dnia ewidentnie było coś nie tak z dźwiękiem. Problemy ze zbyt silnym basem pojawiły się zarówno u Cheta, jak i u występującego po nim Jamesa Blake’a. Brytyjczyk nieco mnie zaskoczył, bo zawsze kojarzyłam go ze spokojnymi utworami z post-dubstepowymi elementami, a w Berlinie usłyszałam kilka silnie elektronicznych bitów. Zmiana wytwórni na R&S Records to zdecydowanie dobry krok w jego karierze – nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że James jeszcze nie do końca znalazł swój styl muzyczny.

Nie zachwycił mnie Fritz Kalkbrenner – jak dla mnie grał dość przewidywalnie i nie usłyszałam niczego specjalnego. Niezbyt dobre wrażenie szybko zmienił występ Âme, ich set był prawdziwym półtorej godziny czystego szczęścia! Wieczór wygrał zaś Dixon, który sprawił, że wyszłam z butów (i niemalże stanęłam obok) – byłam pod ogromnym wrażeniem jego gry i świetnej energii. Zaczął spokojnie, a później co rusz zaskakiwał elektryzującymi rytmami. Dla mnie mistrz!

Dzień trzeci: Elektronische Wiese rządzi!

Ostatniego dnia wybrałam się na scenę Elektronische Wiese; wybrałam brzmienia minimalu od Mind Against i Tale of Us. Muszę przyznać, że ciekawym doświadczeniem było słuchanie elektroniki w innym miejscu niż główna scena – zwłaszcza, iż zupełnie inaczej brzmi ona w zalanym słońcem parku. Dwa włoskie duety zagrały doskonale, minimalowe klimaty; dobrze brzmiały i momenty dynamiczniejsze, i te spokojniejsze. A gdy usłyszałam Stoned Autopilot w secie Tale of Us, mogę już umrzeć szczęśliwa.

Na sam koniec postanowiłam zerknąć z ciekawości na scenę Main, zmienić klimaty o 360 stopni i posłuchać choć przez chwilę Rudimental. Lubię ich pozytywne kawałki i wiele słyszałam o niesamowitej energii ich występów na żywo, ale… niestety przyznaję, że występ tej brytyjskiej grupy był co najwyżej przeciętny. Energia, a i owszem, wspaniała, lecz wokalnie Rudimental nie zachwyca. Nie trzeba być wytrawnym słuchaczem, by wychwycić fałszowanie – kawałek Free, który oryginalnie wykonuje fantastyczna Emeli Sande, został potraktowany bardzo okrutnym dla ucha fałszem. Po występie na Berlin Festival nie przestanę lubić Rudimental, ale z pewnością ograniczę się jedynie do słuchania płyt.

Podsumowując te trzy dni, nie mogę się nie uśmiechać. Doskonały line up, pozytywna atmosfera, wspaniała ekipa i świetna muzyka – czego można chcieć więcej? Berlin Festival był wspaniały i choć wciąż nie odespałam festiwalowych szaleństw, myślami i dźwiękami wciąż jestem w klimatach 130 uderzeń na minutę. Szkoda spać, gdy wokół tak dobre brzmienia! Danke, Berlin, du bist so wunderbar!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s