GAMMA Festival 2015 – relacja

Festiwalowe lato to okazja do nowych podróży, poszerzania muzycznych horyzontów, odkrywania ciekawych brzmień i miejsc. Szczerze wierzę w elektronikę w plenerze – na świeżym powietrzu można poczuć ją dosłownie wszystkimi zmysłami. Muzycznych doznań w pięknych okolicznościach przyrody nie zabrakło w zeszły weekend podczas GAMMA Festival. Usłyszałam dużo dobrego brzmienia i przetańczyłam całą noc – 15 sierpnia to właśnie Gniezno pulsowało najlepszym rytmem.

Zieleń parku miejskiego, głębia brzmienia, letnia atmosfera i niesamowity klimat. Gamma to bez wątpienia festiwal młody; może jeszcze niewielki, ale o sporym potencjale. Tegoroczna edycja była dopiero drugą, lecz za to pełną zaangażowania ze strony gnieźnieńskiej społeczności: wielu wolontariuszy pomagało w organizacji czy dekorowaniu parku miejskiego. Klimat na wielką piątkę z plusem, bo Gnieźninek jest miejscem bardzo malowniczym i wydaje się być stworzony do plenerowych imprez. Może nie na setki tysięcy osób, ale na letni festiwal w sam raz.

Jestem przyzwyczajona do klimatu rave, mniej lub bardziej ciężkiego techno; latem jednak ma się ochotę posłuchać czegoś lżejszego, bardziej klimatycznego. Gatunkowo line up sprawdził się w sam raz, bo o ile surowe techno brzmi dobrze w klubach, w plenerze już niekoniecznie. Innym problemem wielu festiwali typu open air jest również odpowiednie nagłośnienie – nie może być ani za cicho (halo, muzyka została stworzona, by grać ją porządnie), ani za głośno (wiadomo, nie każdemu pasuje). Gamma grała w sam raz i nie ogłuszała.

Klimatyczno-eksperymentalna Altana

Wielu artystów, których usłyszałam na gnieźnieńskim festiwalu, nie ogranicza się jedynie do dj’ki, ale również zajmuje się produkcją – bardzo cenię kreatywność muzyczną, więc duży plus. Troszkę żałuję, że do Gniezna dotarłam po południu, bo scena na Altanie grała już od 11 i przez to ominęły mnie sety od Jesień i Micromission. Zaległości szybko nadrobiłam: bardzo przyjemnie słuchało mi się live act’u Zorzy – świetne, bardzo rytmiczne brzmienie, w którym nawet nieco cięższe elementy dobrze się sprawdziły.

Zaciekawił mnie Amigo: jego set był spokojny, tajemniczy i intrygujący. Jestem wielką entuzjastką łączenia płynnego minimalowego brzmienia z etnicznymi elementami i to też znalazłam u niego.

Deep house’owe klimaty i hipnotyzujący rytm zawitały na Altanę dzięki Delaplaya – o takich setach mówię, że chodzi nie tylko nóżka, ale absolutnie każda część ciała.

Wieczór na Altanie miały zakończyć dwa live act’y, ale ze względu na kapryśną pogodę niemożliwy był występ MINt. Ostatnimi artystami na kameralnej scenie byli więc Bloki, na których występ bardzo czekałam. Nie rozczarowałam się – duet bawi się popowym rytmem, dodaje do niego elektroniczne elementy i wszystko to podaje w bardzo estetycznej formie. Po powrocie do domu przesłuchałam z uśmiechem otrzymaną od Piotra Kowalskiego EP-kę Dance that! – oj, tańczyłabym!

Mainstage – klasa sama w sobie

Na scenie głównej natrafiłam na dobre, ładnie bujające b2b Stinsona i Exilima – na otwarcie mainstage’u w sam raz. U Vladimira Kozakova urzekł mnie świetny rytm, przy którym aż chciało się tańczyć. Bardzo spodobała mi się energia w kolejnym back to back: Wojtek Chlost i Dominik Wolff rozruszali publikę i zachęcili ją do radosnego tuptania.

W miarę, jak upływał czas, zmieniały się też klimaty muzyczne: początkowo usłyszałam trochę eksperymentalnych brzmień i ciepłego, sympatycznego deep house’u. Im robiło się ciemniej, tym więcej pojawiało się progressive’u, minimali i techhouse’u – coraz więcej moich klimatów i chęci do tańca. Niestety, jak na złość niebo nad Gnieznem zasnuło się ciemnymi chmurami i chwilę później deszcz zacinał z taką siłą, że imprezę trzeba było przenieść do pobliskiego Klubu Lokomotywa. Pochwalę „zimną krew” organizatorów, bo decyzja była błyskawiczna i sprawnie ogłoszona – co prawda wielu uczestników zrezygnowało z festiwalowych szaleństw, ale niech żałują, bo wiele stracili!

gamma
(fot. mój Instagram)

W Lokomotywie chwila na podpięcie sprzętu (i ogarnięcie baru ;)) i Gamma ruszyła z nową siłą. Set Raina miło wkręcał i doskonale sprawdził się w przestrzeni klubu – śmiało można było kontynuować technorączenie z uśmiechem na twarzy.

Przyznam, że zaskoczył mnie Gathaspar: świetny, pulsujący energią live act, który magnetyczną siłą ciągnął na parkiet. Intrygujący rytm to zdecydowanie jego najmocniejsza strona.

Zdecydowanie najwięcej dobrego baletu zaliczyłam, gdy za deckami stanął mistrz Gorje Hewek – tyle ciepłego, pełnego słońca brzmienia nie słyszałam już dawno. Doskonale wpisał się w letni klimat festiwalu!

Spodobał mi się również Inpulzz – chwilę zajęło mi, bym przestawiła się na nieco inne klimaty, niż te usłyszane u Gorje, ale znalazłam w nim wiele dobrych momentów. U Stashkova może nie przekonały mnie wszystkie kawałki, ale mimo wszystko ten set całkiem fajnie bujał. I absolutnie wygrały wizualki z maszerującymi pingwinami – klimat był!

Ostatni festiwalowicze opuścili Lokomotywę około 6 rano – potwierdza to tylko, że Gamma to interesująca propozycja wśród polskich festiwali muzyki elektronicznej. Choć nie obyło się bez psikusów pogody (ok, pod koniec „troszkę” zmarzłam), imprezę udało się sprawnie kontynuować. Gammę podsumowuję bardzo dobrze i jestem przekonana, że ten festiwal wyrobi sobie dobrą markę. Na kolejną edycję będziemy pewnie musieli poczekać do przyszłego lata, ale warto być cierpliwym dla tak dobrych line up’ów. A poza tym – do trzech razy sztuka, potem już leci z górki!

Reklamy

2 thoughts on “GAMMA Festival 2015 – relacja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s