Playlista miesiąca: PAŹDZIERNIK

Październikowa playlista już o wiele bardziej spokojna i wyważona – ponownie sięgnęłam do elektroniki, ale i chętnie posłuchałam czegoś nowego. Do łask wróciły rytmy hip-hopowe i R&B (w dużej mierze dzięki nowym treningom i nowym ludziom wokół mnie), ale nie zabrakło także różnych obliczy rocka. Recenzowałam zaledwie dwie płyty, Lion Shepherd i Ryana Adamsa, lecz za to sporo bywałam na koncertach: w październiku usłyszałam GusGus, Joe Bonamassę, RYSY + Małe Miasta oraz Fismolla. Serdecznie zapraszam do nowej playlisty miesiąca!

#1. SBTRKT, Wonder Where We Land (2014 / Young Turks)

Tak się składa, że SBTRKT często przewijał się czy to w moim felietonie (KLIK), czy to w zestawieniu Data Videos (KLIK), więc nie mogłam o nim nie wspomnieć w playliście miesiąca. Płyta Wonder Where We Land zawsze jest dobrym pomysłem i błyskawicznie poprawia nawet najgorszy humor. Ciepłe brzmienie house’u ubarwiają wokale Ezry Koenig, Samphy, Raury’ego czy Jessie Ware – najlepsze kawałki to moim zdaniem Higher, NEW DORP. NEW YORK, Everybody Knows i Voices In My Head.

#2. Dancehall Official (KLIK) / When you hear the bassline (KLIK)

Zmień typ treningów – pokochaj to, co dancehall robi z Twoim ciałem. Bardzo brakowało mi tanecznego parkietu i jesienią poczułam, że muszę na niego wrócić. Wraz z tańcem pojawiło się również całe mnóstwo nowej muzyki: chyba jeszcze nigdy nie było u mnie tyle Jamajki 😉 Znałam wcześniej utwory Major Lazer, Vybz Kartela, RDX, Beenie Mana czy Mr. Vegasa, a dzięki zajęciom odkryłam m.in. Alkaline, Konshens, Spice i Mavado. Potem przesłuchałam jeszcze parę playlist i dancehall’owych mixów… I tylko bym tańczyła!

#3. Małe Miasta, Małe Miasta, Koń (2014, 2015 / Alkopoligamia)

Muszę wam wyznać jedno: zawsze bardzo wstydziłam się polskiej muzyki, uważałam ją za trochę (przepraszam za określenie) cebulastą i usilnie pragnącą naśladować zachodnie gwiazdy. I przyznaję, że bardzo się pomyliłam – scena alternatywno-elektroniczna brzmi świeżo, energetycznie i z pomysłem na siebie! Bardzo dobre wrażenie zrobiły na mnie albumy Małych Miast: do hip-hopu podchodzą „z jajem”, w swoje piosenki wplatają całe mnóstwo dobrego beatu i chwytliwych tekstów, a nawet kilku hipsterów. Moje ulubione utwory to Już prawie tańczę, Piątek, Małe miasta, Banan czy Nienawidzę Niezalu. Doskonałe i na bifora, i na klubowe bujanie!

#4. Akua Naru, The Journay Aflame (2011 / Jakarta Records)

Na długo zapomniałam, jak przyjemny i subtelny może być hip-hop. Muzykę Akua Naru czuje się absolutnie całym ciałem i nie sposób nie ulec jej urokowi – jest poetycka, pełna uczucia i rytmów, przy których po prostu się bujasz. Ja zaczęłam od płyty The Journay Aflame i jestem nią zachwycona: szczególnie polecam kawałki Nag Champa, Run Away, The Wound i Mo(U)Rning. Mieszanka hip-hopu, soulu i jazzowych elementów to świetne połączenie i błyskawicznie została moim ulubionym towarzyszem jesiennych wieczorów!

#5. Sting, Brand New Day (1999 / A&R Records)

Na scenie muzycznej ma drugiego takiego głosu ani drugiej takiej charyzmy – Stinga mogę słuchać zawsze i wszędzie. Nie ukrywam jednak, że bardziej wolę jego solowe albumy, a do ulubionych z pewnością zaliczę Brand New Day i Sacred Love. Szczególnie często wracałam właśnie do tego pierwszego: po raz pierwszy usłyszałam go jeszcze jako dziecko i mam do niego wielki sentyment. Uwielbiam A Thousand Years, Tomorrow We’ll See, Ghost Story i Big Lie Small World, ale absolutnym numerem jeden jest dla mnie hipnotyzujący Desert Rose. Miłość od pierwszego usłyszenia.

#6. Linkin Park, Meteora (2003 / Warner Records)

Choć zdarzało mi się sięgać po Slipknota, System of a Down, Korna czy Marylina Mansona (KLIK), to w zasadzie jedyny ciężki album, który pojawił się u mnie w tym miesiącu. Mam wielki sentyment do płyty Meteora i uważam ją za najlepszą w dyskografii Linkin Park – została stworzona po to, by słuchać jej od pierwszej sekundy do ostatniej. I choć jest to krążek dość smutny, daje wiele siły i oczyszcza z negatywnych emocji – polecam szczególnie Somewhere I Belong, Figure.09, Lying From You, Breaking The Habit czy Session.

#7. SHXCXCHCXSH, Linear S Decoded (2014 / Avian)

SHXCXCHCXSH to chyba najcięższe techno, na jakie udało mi się natrafić. Bardzo żałuję, że nie mogłam się pojawić na ich występie w LAB-ie (niedoleczone przeziębienie wzięło górę), ale mam nadzieję, że nadrobię zaległości. Szwedzki duet intryguje od pierwszej sekundy i dosłownie wgniata w ścianę swoim brzmieniem; jest mroczne, ciężkie, pełne destrukcji i rekonstrukcji, ale przy tym bardzo rytmiczne i pełne basowego uderzenia. Wszystko to, co lubię – moje ulubione kawałki to Drain This Lord, Elocution i This Hmming Raverie.

A czego wy słuchaliście w październiku? Jaką muzykę polecilibyście na jesienny wieczór, a jaką do tańca? Chętnie posłucham waszych rekomendacji: musiclikeair@gmail.com! 😉

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s