MLA recenzuje: JEAN-MICHEL JARRE

Jean-Michel Jarre to legenda muzyki elektronicznej – nie ma osoby, która nie zanuciłaby pod nosem Oxygene part II czy Equinoxe 4. Dziewiętnasty album w dorobku, w dodatku po dość długiej przerwie, to nie lada wyzwanie; w 2015 roku francuski muzyk powrócił z płytą Electronica 1: The Time Machine. I choć to najbardziej eksperymentalny album w całej dyskografii muzyka, robi bardzo dobre wrażenie.

(recenzja ukazała się na All About Music w listopadzie 2015)

Jarre milczał od 2007 roku, kiedy to ukazał się bardzo słaby krążek Téo and Téa – na dość chaotycznym i złożonym z nieskomplikowanych sampli albumie krytycy nie zostawili suchej nitki. Nie było się czym zachwycać, co również przyznał sam muzyk; dłuższa przerwa zdecydowanie wyszła mu na dobre i zaowocowała nowym, świeżym podejściem do nagrywania. Do współpracy nad najnowszym krążkiem Jarre zaprosił licznych, dość niespodziewanych gości, m.in. Little Boots, Armina van Buurena, Fuck Buttons czy 3D z Massive Attack.

Chciałem opowiedzieć historię muzyki elektronicznej na podstawie własnych przeżyć i z mojego punktu widzenia – od momentu kiedy zaczynałem, aż po dziś dzień. Zaprosiłem ludzi, których podziwiam za ich szczególny wkład w ten gatunek muzyczny, którzy są dla mnie inspiracją, ale także takich, których brzmienie jest rozpoznawalne.

– tak Jarre opowiadał o projekcie Electronica 1. Czy rzeczywiście udało się zrealizować ten plan?

Płytę rozpoczyna tytułowy utwór The Time Machine z Boys Noize – to świetny początek podbity dobrym, świeżym bitem. Mam jednak wrażenie, że gdzieś wśród syntezatorowych partii gubi się jego taneczny rytm. Trochę mieszane uczucia mam też do utworu Glory z M83: z jednej strony od razu przykuł moją uwagę, ale z drugiej to nieco inna stylistyka, niż ta, do której Jarre przyzwyczaił słuchaczy. Zrezygnowałabym też z chórków pod koniec; uważam, że spokojnie obeszłoby się bez nich. Dla odmiany, w pełni zachwycona jestem Close Your Eyes – tajemniczy, delikatny, szalenie interesujący utwór o rozmytym wokalu i jakby equinoxe’owym brzmieniu syntezatorów.

Do tej pory na albumach Jarre’a pojawiały się jedynie głosy Laurie Anderson czy Nataschy Atlas, a na Electronica 1 jest ich już znacznie więcej. Suns Have Gone, świetny utwór z udziałem Moby’ego, to jeden z najlepszych momentów na płycie; bardzo pochwalę również Travelator, part II. Choć opiera się na brzmieniu minimal techno, w połączeniu z czasem spokojnym, a czasem dzikim i żywiołowym wokalem tworzy prawdziwą petardę. Z tych „śpiewanych” elementów nie do końca przekonuje mnie If…! – obawiałam się, że popowy wokal Little Boots nie zabrzmi dobrze i miałam rację: niezbyt pasuje on do reszty płyty. Ten kawałek doskonale sprawdziłby się u niej, natomiast brzmienia Jarre’a w nim niewiele. Nieco dziwny i niedopracowany wydaje się być również Rely On Me – wokal Laurie Anderson brzmi trochę zbyt surowo na tle muzyki (żeby nie powiedzieć, że jak z popularnego syntezatora mowy). Niestety, powtórzenie brzmienia z płyty Zoolook trochę nie wyszło.

Na Electronica 1 nie zabrakło stricte instrumentalnych momentów: pojawiają się one np. w Conquistador, Immortals czy A Question of Blood. Robią wrażenie swoim dopracowaniem i przemyśleniem brzmienia; pojawiają się mroczno-elektroniczne melodie, pulsujące bity, a nawet jakby hip-hopowy rytm. Zachwycił mnie Zero Gravity – spokojny początek płynnie i zgrabnie się rozwija, a w zakończenie wpleciono rytm padającego deszczu. Choć wyraźnie słychać podział na dźwięki Tangerine Dream i Jarre’a, to kolejna perełka na płycie. Dla kontrastu, nie spodobał mi się The Train & The River: być może ja nie zrozumiałam ponad siedmiu minut chaosu, ale naprawdę nie wiem, o co chodzi w tym utworze. Fortepian gra sobie, syntezatory sobie; taneczny bit gubi się między niemal klasycznymi momentami.

O Electronica 1: The Time Machine można powiedzieć, że nie jest to Jarre, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale i tak brzmi dobrze. Najnowszy album ma i bardzo udane momenty, i te nie do końca przemyślane, lecz przeważają te pierwsze – otwierając się na współpracę z innymi artystami Jarre pokazał, że wciąż chce się rozwijać. Na drugą część tytułowej machiny czasu cierpliwie czekam do 2016.

jmj

Jean-Michel Jarre, Electronica 1: The Time Machine

2015 / Columbia Records, RCA Records

Ocena MLA: 7.5

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s