EDM vs. techno

Uwaga, w tym felietonie będzie bardzo dużo stereotypów. Stereotypów, memów oraz ironii, ale i (mam nadzieję) rzetelnego przedstawienia wyraźnej rywalizacji między dwoma podgatunkami elektroniki. Konflikt między EDM i techno nie jest sprawą sprzed roku czy dwóch: kość niezgody zdaje się mieć nieco dłuższy rodowód, ale czy słusznie? Obie strony sporu mają swoje argumenty i co rusz starają się udowodnić wyższość jednego podgatunku nad drugim. Skąd wziął się ten cały konflikt i dlaczego EDM nazywana jest „najgorszym, co przytrafiło się współczesnej muzyce”? Czy w tym przypadku można jednoznacznie ocenić, który podgatunek jest lepszy, bardziej ambitny i godniejszy słuchania?

(felieton ukazał się na Kinkyowl w czerwcu 2016)

Choć między nimi notuje się wiele podobieństw, w potocznym myśleniu każdy rodzaj elektroniki to po prostu techno. Jednak reprezentanci tego środowiska wyraźnie się od tego odcinają: nie chcą utożsamiać się z tępą, radiową łupanką, kojarzeniem dj-a z Davidem Guettą, Afrojackiem, a ostatnio nawet z dziedziczką hotelowej fortuny, Paris Hilton. Wprost nazywają EDM „sieczkarskim gównem” i otwarcie namawiają do bojkotu tego gatunku. Przygotujcie popcorn i usiądźcie wygodnie na kanapach: dziś zabieram Was na pojedynek między EDM a techno.

Wiem, że kolejny raz wsadzam kij w mrowisko i piszę na, jak się okazuje, dość kontrowersyjny temat. Konflikt między scenami techno i EDM to barwny, ciekawy pojedynek, którego osią napędową jest wiele czynników: ambitność brzmień, komercyjna popularność, pieniądze, a nawet… styl, jakim charakteryzują się imprezy dla fanów obu podgatunków. Co więcej, spór zdaje się wykraczać poza środowisko dj-ów i producentów, a dotykać także odbiorców obu rodzajów brzmień. Choć przywiązuję wagę do muzyki, której słucham, jestem bardzo daleka od kategoryzowania ludzi pod tym względem. Jeśli posługiwać się jedynie stereotypami związanymi z konkretnym gatunkiem, to każdy fan hip-hopu i rapu jest Sebixem, każdy słuchacz death metalu urywa głowy nietoperzom i odprawia czarne msze, a słuchający techno – ćpunem gibającym się do równie ćpuńskiej muzyki. O ile mogę zrozumieć rywalizację między techno i EDM ze względów zarobkowych lub ambitności brzmienia, uważanie kogoś za gorszego ze względu na gust muzyczny jest co najmniej słabe. Dla mnie nie istnieje problem „jedynego słusznego” gatunku, bo o naszych gustach decydujemy my sami. Zawsze znajdą się osoby, które na co dzień preferują disco polo – spróbuj puścić im Pink Floyd i zobacz, jak zareagują. Istnieje dość silna grupa fanów Pitbulla, którym nie wytłumaczysz, że Richie Hawtin, że minimal techno i że Detroit. Prędzej skojarzą amerykańskie brzmienia z 50 Centem albo innym obwieszonym złotem raperem.

Więcej dzieli czy łączy?

W pierwszym narożniku staje scena techno. Zazwyczaj ubrana od stóp do głów na czarno, z posępną miną lub zamyślonym (pewnie zaćpanym) spojrzeniem, stojąca za dj-ką w otoczeniu mnóstwa winyli i samplerów. Podczas rave’u, czyli imprezy techno, gra sety zmiksowane z mocnej, elektronicznej muzyki (ale jakiejś takiej smutnej). W ogóle techno jest smutne i wypełnione niby takim bitem „do tańca”, ale bez słów; ten, kto je nagrał, ma jakąś taką posępną minę. Przychodzący na rave ludzie bujają się niemrawo do monotonnej, jednostajnej muzyki; w osiągnięciu transu pomagają im często różne narkotyki – dzięki nim są też w stanie wytrwać w klubie do wczesnych godzin porannych, a nawet do południa. Za najświętsze miejsca techno uznawane są kluby berlińskie (Berghain / Panorama Bar, Tresor, Sisyphos) oraz te w Detroit – kolebce tego podgatunku.

W drugim narożniku prezentuje się scena EDM: kolorowa, pełna uśmiechniętych od ucha do ucha ludzi (któryś z narkotyków na pewno powoduje taką ogólną wesołość), którzy lubią się bawić i tańczyć do radosnych kawałków. Ich muzyka też łupie, ale jest jakby lżejsza w odbiorze, bo pojawia się trochę wokalu, jakaś zmiana dynamiki. Dobrze się kojarzy, bo leci w radiu; to piosenki Aviciiego, Tiesto czy Calvina Harrisa – ogólnie są fajniejsze, bo nawet jak rozmawiasz z osobami z kręgu EDM, to przynajmniej kojarzysz któregokolwiek z artystów. Ludzie słuchający EDM też chodzą na rave (wystarczy im przeciętny klub w mieście), ale najchętniej jeżdżą na festiwale w stylu Tomorrowland. Ogólnie są „fajniejsi”.

Mam nadzieję, że każdy z czytelników zrozumiał, że te opisy to tylko stereotypy i ironia. Mimo wszystko jest w nich odrobina prawdy i musiałam o nich wspomnieć, by szerzej nakreślić podłoża konfliktu EDM i techno. Jak już wspomniałam we wstępie, bardzo trudno jest znaleźć jednoznaczną przyczynę ich niezgody – te dwa podgatunki rywalizują ze sobą na wielu płaszczyznach, ale wszystko zdaje się sprowadzać do brzmienia. Choć oba podgatunki wywodzą się z tego samego rdzenia (muzyka elektroniczna), powstały mniej więcej w tym samym czasie i miejscu (lata 80., USA) i zazwyczaj są wykonywane za pomocą tych samych instrumentów, różnica w brzmieniu jest kolosalna. Opisanie tej różnicy słowami nie będzie miało większego sensu; lepiej sięgnąć więc po samą muzykę lub instruktażowy filmik, który w zeszłym roku pojawił się w sieci i w mig zyskał popularność.

Co jeszcze różni EDM i techno? Powiedziałabym, że to zupełnie inny świat przeżyć: kto choć raz wybrał się na rave wie, o czym mówię. Kluby techno diametralnie odstają od popularnych, komercyjnych miejsc w mieście i ściągają do siebie konkretną, bardzo nieprzypadkową publiczność. To zazwyczaj ludzie alternatywni, dobrze zorientowani w tym, kto dziś stoi za dj-ką i przychodzą właśnie dla niej lub niego. Często przychodzą sami. W techno liczy się muzyka, poczucie jej całym sobą; prawdziwy rave kończy się wczesnym rankiem lub nawet w południe. A propos nazwy rave – zarówno jeden, jak i drugi narożnik nazywają swoje imprezy w ten sposób. Jednak scena techno broni tej nazwy jak lwy, a festiwale EDM nazywa „potupankami”. Jak ta sytuacja wygląda w drugim przypadku? Do popularnego klubu wejdzie niemal każdy; ważne, żeby się „wyjściowo” ubrać, drinki były dobre, a muzyka fajna i nadająca się do tańca. Liczy się dobra zabawa: dj powinien więc grać takie kawałki, przy których ludzie w klubie będą się fajnie bawić. Najlepiej więc coś znanego, wpadającego w ucho, żeby tańczyli i miło spędzili czas.

edm
fot. oldfum.weebly.com

„Najgorsza rzecz, jaka przytrafiła się muzyce”

W zasadzie trudno jest ocenić, jakie jest konkretne i główne podłoże rywalizacji między środowiskami. Z tego, co dość wyraźnie widać w sieci, spór zdaje się być zapoczątkowany przez scenę techno – to głównie z tego obozu płynie krytyka, zarzuty skrajnej komercjalizacji przy znacznym obniżeniu wartości muzyki oraz, nazwijmy je wprost, hejty. Właśnie z tego powodu w zeszłym roku solidnie oberwało się Maxowi Josephowi, reżyserowi „We Are Your Friends”: w jego filmie obok Zaca Efrona (nomen omen, w roli dj-a) najważniejsza była właśnie muzyka EDM. Środowisko techno nie zostawiło na nim suchej nitki; otwarcie wezwało do bojkotu filmu i nie pomogła nawet rólka Emily Ratajkowski, która miała ucieszyć męską część widowni (obojętnie z jakiego środowiska; w końcu to „ładna pani”). Przy okazji tego filmu również i mi się oberwało – wspomniałam o nim wśród znajomych z kręgu techno i usłyszałam, że jak ja w ogóle mogłam coś takiego powiedzieć. Bo przecież EDM to taki szajs, no bez kitu. Najgorsza rzecz, jaka przytrafiła się muzyce!

Im dalej w las, tym więcej drzew. EDM zdaje się być obecnie najpopularniejszym podgatunkiem muzyki, choć w myśleniu potocznym i tak mówi się o nim „techno”. A, to takie elektroniczne łup-łup, pierdzący bicik i Radio Eska?, usłyszałam niedawno od chłopaka, z którym podróżowałam pociągiem w jednym przedziale. Spędziłam kolejne pół godziny próbując rzeczowo i konkretnie wytłumaczyć mu, na czym polega różnica między EDM, techno i innymi podgatunkami elektroniki. Współpasażer słuchał, zdawał się nawet odnotować gatunkową inność utworów (materiałem porównawczym były kawałki Ricardo Villalobosa, Steve’a Aokiego i chyba Paula van Dyka), lecz chyba nie przekonałam go do sięgnięcia po klimaty minimalu czy progressivu. A ja to w sumie lubię Davida Guettę, powiedział mi na końcu. No fajny z niego producent, fajny, robi takie fajne kawałki na imprezy. Kumpel był w zeszłym roku na Tomorrowland i mówił, że scenę rozniósł w pył; tyle laserów, konfetti i w ogóle…

EDM nagle wbiła się do popularnych rozgłośni radiowych, zapełniając je lekką, przyjemną, taneczno-beztroską elektroniką, która tłucze w większości sklepów odzieżowych w centrach handlowych. W lecie wesoło pląsamy sobie do kawałków Aviciiego, Calvina Harrisa czy wspomnianego Davida Guetty – te piosenki są po prostu „fajne”, takie w sam raz na wakacje albo do klubu. No przecież nie ma imprezy bez Pitbulla, takie electro to prawdziwy zapełniacz parkietu! – kolejny autentyk zasłyszany z rok temu na przystanku. Chyba jednak o takie techno chodziło, bo to środowisko oddziela się od EDM jak tylko może. Nie kryje ostrej krytyki i nie znosi, gdy ktoś myli je z „komercyjnymi szitami” z Eski. Zresztą, krytyka płynie nie tylko z samego obozu techno – również artyści z innych kręgów muzycznych niezbyt pochlebnie wypowiadają się na jej temat. Wszystkie EDM-owe utwory brzmią prawie tak samo, często jest to skrzyżowanie elektronicznego, gotowego podkładu z chwytliwymi refrenami, chórkami, momentem, w którym pojawia się jakiś mocniejszy bit. Bywa, że mieszane są niemal wszystkie gatunki muzyki: rap, pop, dancehall, hip-hop, trance czy house. Trudno odróżnić jednego dj-a od drugiego, ale koniec końców każdy kojarzy jakiegoś Zedda, Lady Gagę czy Nicki Minaj. Jak w piosence pojawia się elektronika, to to przecież musi być techno – to ma sens.

EDM zaś odpowiada, że techno zazdrości rozpoznawalności, poziomu dystrybucji muzyki oraz zarobków – w 2014 i 2015 roku ten podgatunek zarobił najwięcej w całej branży muzycznej i może pochwalić się nazwiskami z pierwszych stron gazet. Brzmienia EDM można usłyszeć np. na stadionach sportowych, co znacznie przyczyniło się do jej popularności, zarówno w sieci, jak i w rozgłośniach radiowych. To przełożyło się także na wpływy w branży: w jednym z wywiadów z 2012 roku Sebastian Ingrosso (1/3 nieistniejącego już składu Swedish House Mafia) przyznał, że SHM to nowi Beatelsi. Kto w tym sporze ma rację – i czy w ogóle można to jednoznacznie to stwierdzić?

Troll publiczny

Co ciekawe, mimo zauważalnych na pierwszy rzut oka (ucha) różnic, wiele osób wciąż błędnie postrzega jakąkolwiek elektronikę jako techno. Co na to środowisko producenckie związane z tym podgatunkiem muzyki? Ogólnie nie jest ono aż tak negatywnie nastawione – o EDM przychylnie wypowiadają się takie legendy, jak Carl Cox, Steve Lawler czy Markus Schulz, jej akceptacja wciąż rośnie, choć nie obywa się bez krytyki. Równocześnie mówi się o robieniu z klasycznego rave’u spektaklu, komercyjnego i kiczowatego elementu show-businessu. Line-up festiwali i imprez EDM wypełniony jest od stóp do głów artystami z pierwszych stron gazet, którzy grają utwory z pierwszych miejsc list przebojów. Pieniądz robi się w sposób oczywisty – jak ma to nie być lukratywny biznes?

Wrócę jeszcze do Carla Coxa: choć ta legenda sceny techno jest raczej przychylnie nastawiona do EDM, wskazuje na jej zbytnią komercjalizację i nie popiera pójścia na łatwiznę. Tzw. press-play’e uważa za bardzo szkodliwe dla dj-skiego etosu: granie wcześniej nagranych setów jest po prostu nie fair wobec słuchaczy. Co więcej, niektórzy producenci związani ze sceną house otwarcie skrytykowali niską kreatywność producentów EDM – za sztandarowy przykład wzięli np. megahit Aviciiego, Wake Me Up. Swojego negatywnego zdania nie kryje też deadmau5: kanadyjski producent nie raz wieszał psy na EDM i podkreślał, że wszystkie utwory z tego gatunku brzmią tak samo. Co więcej, podczas Ultra Music Festval w 2014 roku publicznie strollował Martina Garrix – podczas swojego seta zagrał swoją własną wersję Animals zmiksowaną z…piosenką Old McDonald Had A Farm.

Komu przyznać rację?

EDM zdaje się być homogenizacją wielu gatunków muzycznych w jeden; w dodatku podanych w takiej formie, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu – te brzmienia są krytykowane właśnie za niski wkład w rozwój muzyki, spłycenie jej i zaserwowanie czegoś dla wszystkich. „A wiadomo, że gdy coś jest dla wszystkich, to zazwyczaj jest do niczego…”, mówią rozmaite mądre głowy, w tym także muzyczne. Pytanie tylko, czy jest sens kruszyć kopie o tak subiektywną dziedzinę, jaką jest upodobanie do określonego gatunku brzmień. Jednym pasuje alternatywa, wszechobecna czerń i złożona z palet dj-ka w industrialnej przestrzeni klubu. Inni wybiorą się na chwytliwe, taneczne i beztroskie EDM, bo lubią i mogą. Jedni są szczęśliwi, drudzy są szczęśliwi, a życie toczy się dalej.

Jak ocenić, kto wygrywa w pojedynku między EDM a techno? Chyba jedynie mądrzy, otwarci na różne brzmienia słuchacze, którzy w swoich playlistach mają wiele różnych gatunków muzyki, ale przede wszystkim: nie hejtują. Choć zazwyczaj słuchają setów z Tresora, nie rozpaczają, gdy w samochodzie jedyną dostępną stacją radiową jest Eska. „Muzyka urodziła się wolna; i wygrać tę wolność to jej przeznaczenie”, mawiał Ferruccio Busoni, włoski kompozytor i pianista. A ja tak sobie myślę, że strony sporu EDM i techno powinny zastanowić się nad tymi słowami. Porządnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s