Plaża, rzeka, techno. Relacja z Audioriver Festival

Czy istnieje życie po Audioriver? Przyznaję: niezwykle ciężko jest wrócić do szarej codzienności po tak udanym festiwalu. W ostatni weekend lipca tysiące osób udało się na technopielgrzymkę do Płocka – już po raz jedenasty miała miejsce jedna z najlepszych imprez muzycznych w naszym kraju. Trzy dni i trzy noce wypełnione były różnorodną, pulsującą rytmem elektroniką, a wszystko to tuż nad brzegiem Wisły. Jak podsumowuję pierwszą w moim życiu obecność na Audioriver, przy których występach pogubiłam buty, a którymi nieco się rozczarowałam?

(post jest wynikiem mojej współpracy z Audioriver Festival. W tym roku otrzymałam podwójną akredytację na wydarzenie, zarówno w ramach bloga, jak i All About Music, więc relacja ukazała się również tam. Koniecznie obejrzyjcie także galerię, którą przygotowała koleżanka z redakcji,  Dominika Mrówczyńska – fotorelacja dostępna jest na Facebooku All About Music Concert Photography!)

Słowa nie opiszą tego, jak bardzo żałowałam przegapienia zeszłorocznego procesu akredytacyjnego na Audioriver. Lament świętokrzyski zostawmy jednak daleko za plecami – tym razem wiedziałam, że zrobię wszystko, by pojawić się w Płocku. Marzenie udało mi się spełnić: rok czekałam na te trzy dni, podczas których elektronikę serwowałam sobie na śniadanie, obiad, kolację i pomiędzy. Podczas tegorocznego Audioriver królowała doskonała muzyka, piękna natura i wspaniali, niezwykle pozytywni ludzie: festiwalowa atmosfera to zdecydowanie jedna z cech charakterystycznych płockiej imprezy. Bardzo wysoko oceniam również organizację całego wydarzenia – choć trzeci raz z rzędu bilety na Audioriver zostały wykupione do ostatniej sztuki, przez te trzy dni panował ład i porządek. Jako uczestniczka masowej imprezy czułam się bezpiecznie i mogłam w pełni cieszyć się muzyką, a wiadomo, że podczas festiwali bywa różnie.

Przechodząc jednak do sedna: Audioriver autentycznie mnie zachwycił. Nie tylko mocarnym line-up’em, ale i różnorodnością – być może zawieje to strasznym banałem, ale naprawdę każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pięć scen oferowało doskonałe brzmienia spod znaku elektroniki: Mainstage przygotował coś dla wielbicieli bardziej rozpoznawalnych artystów, Last.fm Hybrid Tent kusił energetycznym drum and bass, Circus i Cities Tent były świątynią fanów techno, zaś Electronic Beats – intrygowała swoją różnorodnością. Kolejny plus dla organizatorów: sceny były usytuowane w optymalnej odległości od siebie, więc spokojnie można było przemieścić się z jednej do drugiej, by zdążyć na występ ulubionego artysty. Oprócz moich audioriverowych must listen chciałam również poszerzać muzyczne horyzonty i przyznaję, że mi się udało. Na nowo odkryłam Jamiego Woona (podczas zeszłorocznego Taurona dosłownie uśpił publiczność, a tym razem zabrzmiał już o wiele lepiej), dałam się ponieść niesamowitej energii Gorgon City (przez cały występ uśmiechałam się od ucha do ucha i radośnie tuptałam) oraz doceniłam to, co dobre, bo polskie. Zdecydowanie najczęściej można mnie było spotkać właśnie w Cities Tent, gdzie swoje sety zagrali reprezentanci rodzimej sceny elektronicznej. Ale o tym za chwilkę!

Audioriver – dzień I

Gdy zerknęłam na timetable festiwalu, wyglądało na to, że najwięcej czasu spędzę na Circusie. Lubię, gdy techno nie szczędzi basu, więc z niecierpliwością oczekiwałam występów Deasa, Svena Vätha czy Gesaffelsteina – o ile w przypadku dwóch pierwszych muzyków wyszłam z namiotu zachwycona, tak w ostatnim srogo się rozczarowałam. Francuski producent W OGÓLE nie pojawił się na Audioriver – co gorsza, poinformował o tym bez podania powodu i to jeszcze w ten sam dzień. Sąd nad Gesaffelsteinem wystawiły mu osoby, które specjalnie dla niego postanowiły przyjechać do Płocka: nie ukrywam, że i ja bardzo czekałam na jego występ, więc nieco przychylam się ku opiniom uczestników. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem; w line-upie Gesaffelsteina zastąpił Cleric i przyznaję, że godnie zajął jego miejsce! Równie dobrze wspominam występ Kölscha: materiał z albumu 1977 doskonale brzmi na żywo, wypełnione od stóp do głów pozytywną energią i żywym rytmem. W tym miejscu nie zgodzę się z redaktorami muno.pl – moim zdaniem Kölsch ma swój charakterystyczny, bardzo rozpoznawalny styl, za który doceniają go fani. Dowody? Roztańczony, wypełniony po brzegi Circus podczas jego występu! A jeden z klasyków techno, Sven Väth? „Sztos” to za mało: jego set był petardą od początku do końca!



Przyznaję, że bogactwo występujących artystów było tak duże, że momentami sama nie wiedziałam, na które występy się wybrać. Starałam się poruszać między scenami w taki sposób, by zobaczyć wszystkie najbardziej interesujące mnie występy, ale i poszerzyć horyzonty. W poszukiwaniu nowych, muzycznych odkryć zawędrowałam także na Mainstage. Choć nie udało mi się obejrzeć całego występu XXANAXX to, co usłyszałam, bardzo mi się spodobało – o ile dj set podczas SeaZone Music & Conference średnio mnie przekonał, koncert wypadł o wiele lepiej! Premierowy materiał duetu brzmi świetnie na żywo i z chęcią posłucham go jeszcze raz. Równie dobre wrażenie zrobiła na mnie Ella Eyre: ta dziewczyna ma w sobie prawdziwy ogień, a na scenie jest prawdziwą gwiazdą! Brytyjka zaprezentowała kilka utworów z nadchodzącej płyty: czyżby szykowała się poważna kandydatka do tytułu albumu roku? Być może, ale w pierwszy dzień Audioriver mainstagem zawładnął Danger. Bezsprzecznie najlepszy występ, jaki miałam okazję usłyszeć na tej scenie; o tytuł „gwoździa programu” w piątek walczy z tym, co na Electronic Beats Stage zaprezentował Four Tet. Ten koncert był naprawdę magiczny i podobne opinie słyszałam od osób, które również zdecydowały się wybrać na występ Brytyjczyka.




Ogromne wrażenie zrobił ten na mnie Cities Tent. Cudze chwalicie, swojego nie znacie: również polscy dj-e i producenci reprezentują bardzo wysoki poziom, a podczas Audioriver z honorami podjęli wszystkich spragnionych brzmień techno. Pojawiłam się na secie Tika Milano, Simona Mattsona, Anji Kraft (dosłownie na chwilkę) oraz Truanta i przyznaję – w piątkową noc to właśnie tam zaliczyłam najwięcej konretnego baletu! Dodatkowe wrażenia potęgowały nieco psychodeliczne, ale niezwykle ciekawe wizuale – brawa dla poznańskiej ekipy vj’skiej .wju, macie mój szacunek!

Przyznaję, że pierwszego dnia nie udało mi się dotrzeć do namiotu Last.fm, ale drumandbassowe zaległości nadrobiłam następnego dnia. Sobotni poranek powitałam zaś na Audiopole, gdzie wysłuchałam dwóch bardzo dobrych, melodyjnych setów: t.pickera miałam już okazję usłyszeć podczas imprezy w poznańskim Forcie Colomb, Rave Novaka zaś usłyszałam po raz pierwszy. Przyznaję, że oba były naprawdę na bardzo wysokim poziomie: chyba nikomu nie muszę udowadniać, jak piękny był wschód słońca nad jeziorkiem, kiedy wokół brzmiała pulsująca rytmem elektronika.

Audioriver – dzień II

Drugi dzień rozpoczęłam od… solidnego cardio! Słynne schody, które prowadzą na płocki Stary Rynek to jeden z charakterystycznych elementów festiwalu – jeśli nie wspinałeś się po nich choć raz, to znaczy, że nie byłeś na Audioriver! A zdecydowanie opłacało się trochę zmęczyć, bowiem w mieście również czekało coś dla fanów techno. W samym rynku ustawiona została scena BURN Stage, na której prezentowali się finaliści konkursu dj’skiego. Poprzedniego dnia nie udało mi się usłyszeć seta Samanty (miałam okazję ją usłyszeć podczas afterparty po kwietniowej konferencji Audioriver i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie), ale trafiłam akurat na set Gutiego i Lee Buridge. Akurat wybrałam się na zwiedzanie pop-up store’ów klubów i wytwórni (przeuroczy maluch Up To Date absolutnie mnie zachwycił; już wiem, jaka będzie moja następna fura!) oraz stoisk ze sprzętem dj-skim. Po powrocie na teren festiwalu postanowiłam jeszcze rzucić okiem na strefę Audioriver Fashion Nights – w specjalnej strefie można było znaleźć kolekcje kilku niezależnych marek modowych, ubrań sygnowanych logo festiwalu (niestety, czarne audioriverowe worki rozeszły się, zanim zdążyłam je kupić!) czy też przydatne gadżety, takie jak np. designerskie nerki czy torby.



Wieczorem przyszedł czas na kolejne występy! Ten wieczór rezerwowałam sobie dla Scuby, Recondite, Richiego Hawtina i Trade, ale nie chciałam zamykać się jedynie w kręgu techno. Wybrałam się więc w muzyczną podróż na scenę Last.fm – wystarczyła mi tylko chwila drum and bassowego brzmienia, bym naładowała się energią! Chwilę ochłonęłam, lecz nie było czas na dłuższy odpoczynek – znów kusiło mnie porządne techno z Cities Tent! Pokusom należy albo ulegać, albo z nimi walczyć: w tym przypadku nie było innej możliwości, jak tylko wkroczyć na taneczny parkiet i posłuchać świetnego b2b MIT oraz występu Vacosa. Zaprawdę powiadam, że zacnie tłukło! Po solidnej dawce techno wybrałam się na mainstage – bardzo chciałam usłyszeć Gorgon City, ponieważ ich utwory znałam z radia lub z treningów i ciekawiło mnie, czy mają podobną energię na żywo. „Podobną” to mało powiedziane: był to jeden z najbardziej radosnych i optymistycznych występów podczas Audioriver. Radośnie pląsano pod samą sceną, pośrodku, jak i na wzgórzu naprzeciw mainstage’u – ten koncert wspominam z ogromnym uśmiechem na twarzy! Na scenie zastąpił ich inny brytyjski duet, Sigma: wraz z nimi na mainstage’u zagościły rytmy lżejszego drum and bass, ale o równie szalonej energii! Kolejnym punktem sceny głównej był występ Crystal Castles – niestety nie był to najlepszy występ podczas Audioriver. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że było zbyt głośno i zbyt ostro, jak na repertuar; być może Edith Frances, nowa wokalistka grupy, jeszcze nie do końca czuje klimaty poprzedniczki… albo za wszelką cenę chce się popisać przed publicznością. Nie byłam również pod wrażeniem występu DJ Shadowa. Jego występ na Electronic Beats Stage sennie mnie ukołysał i prawie się nie zorientowałam, kiedy koncert dobiegł końca. A nie przypominam sobie, bym ucięła komara i tego nie zarejestrowała…



Co tymczasem działo się w Circusie? Swoje sety prezentowała trójca wspaniałych: Scuba (muzyczny kameleon; na tym występie po prostu trzeba było się pojawić!), Recondite (mistrz pod każdym względem) oraz Richie Hawtin. Bardzo czekałam na występ legendy Detroit i przyznaję, że … chyba spodziewałam się czegoś więcej. Choć niezmiernie doceniam jego minimalowe podejście do tworzenia muzyki, set z Circus brzmiał dla mnie dość płasko i jednostajnie. Być może winę za taki stan rzeczy ponoszą niespecjalne przejścia? O wiele lepsze wrażenie zrobiło na mnie intrygujące b2b na Electronic Beats Stage – występujący jako Trade Blawan i Surgeon zgromadzili ogromną publiczność. Nic dziwnego: ten set miał w sobie tyle energii i doskonałego brzmienia, że nie sposób było ustać w miejscu!


Audioriver – dzień III oraz podsumowanie

Choć bardzo chciałam uczestniczyć w festiwalu także w niedzielę, mogłam zostać jedynie do połowy. Wygrało nie zmęczenie, a konieczność poniedziałkowego powrotu do pracy – mimo wszystko udało mi się choć prze chwilę skorzystać z ostatniego dnia Audioriver. Podczas Sun/Day w okolicach ul. Rybaki i Mostowej można było zaserwować sobie poranną kawę do techno (bądź na odwrót), pochillować na leżaczkach i… oswoić się z myślą, że kolejnego dnia festiwalowiczów obudzą nie promienie słońca i muzyka, lecz dźwięk budzika. Ale z dobrą elektroniką każdy poniedziałek wydaje się mniej straszny.

Jak podsumuję tegoroczną edycję festiwalu?

  • #1. Światowy poziom, doskonały line-up. Podczas gdy największe polskie festiwale co rusz przerzucały się informacjami o coraz to bardziej wymyślnych headlinerach, Audioriver pozostał wierny swoim początkowym założeniom. Każdego roku płocka impreza przyciąga coraz większą liczbę fanów elektroniki, a mimo wszystko udaje się jej zachować bardzo wysoki poziom i pozytywnie zaskakiwać.
  • #2. Doskonała atmosfera i pozytywni ludzie. Siła Audioriver opiera się w pierwszej kolejności na muzyce, w drugiej zaś – na samych festiwalowiczach. Społeczność zgromadzona wokół brzmień elektroniki stanowi wyjątkową publiczność, która co roku przyjeżdża właśnie na to wydarzenie. Niektórzy cały rok czekają na te kilka dni z muzyką, rzeką i naturą, by powitać wschód słońca i radośnie tupać w piasku na plaży. Szczerze wierzę w techno w plenerze.
  • 3. „Na Audioriver przyjeżdża się tylko raz. Później już się tylko wraca”. Przyznam, że coś w tym jest – festiwal ma w sobie to magiczne coś, co jedni nazywają feelingiem, inni zajawką, a jeszcze inni po prostu pasją. Muzycznym serduchem bijącym w rytmie 128 uderzeń na minutę: moje od pierwszej chwili dało się ponieść temu tempu i na plaży nad Wisłą poczuło się jak w domu. I wiem, że chciałabym pojawić w Płocku również w przyszłym roku.
  • #4. Posłodziłam, to i dodam odrobinę moich uwag. Nie znalazłam powodu, by skrytykować Audioriver – jedyne zastrzeżenia, jakie mogę mieć, to te pod kątem artystów. Zachowanie Gesaffelstein jest dla mnie bardzo nieprofesjonalne i uważam, że w ten sposób badzo naraził się swoim polskim fanom. Crystal Castles mają przed sobą lekcję do odrobienia: występy na żywo z nową wokalistką zdecydowanie mają do poprawy. A Richie Hawtin? Cóż, niezbyt dobra forma zdarza się najlepszym i na pewno nie przekreśli jego sławy.

Jak jeszcze mogę opisać tegoroczną edycję Audioriver? To wydarzenie, na które powinien wybrać się każdy fan elektroniki. Jeśli nie udało się Wam w tym roku, pełna mobilizacja i… do zobaczenia za rok w Płocku!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s