The xx: mniej znaczy więcej

Jak jednym tylko albumem zyskać pochlebne opinie Rolling Stone’a, zagrać na Coachelli i zgarnąć prestiżową Mercury Prize? Zapytajcie The xx: choć w czasach ich debiutu modne było to, co gorące, skąpe i wyzywające, oni sami zdają się zupełnie na to nie zważać. Nie wpisują się w obecnie najmodniejsze tendencje, na koncertach ubrani są od stóp do głów na czarno, a na scenie nie wykonują tanecznych akrobacji rodem z największych show. Mniej znaczy więcej – a The xx doskonale wiedzą, że w prostocie tkwi największa siła.

(felieton ukazał się w listopadzie na Kinkyowl.pl)

Ok, powiedzmy sobie jasno: teraz brzmienia spod znaku lo-fi, dream popu i indie są modne. Ktoś jednak musiał tę modę rozpocząć – każdy trend ma to do siebie, że lubi sobie trochę „powędrować” po świecie, pozbierać najróżniejsze wzory i tendencje, a potem zacząć panować. Patrząc na The xx, trochę się z tym zgadzam, a trochę nie. Nie wojowali przecież z głośnym, lecz nijakim popem podłej jakości – ot, zwykła grupa licealnych przyjaciół spotykała się, by razem grać i komponować piosenki, tak jak tysiące nastolatków na całym świecie.

Romy Madley Croft, Oliver Sim i Jamie Smith mieli jednak ogromne szczęście: trafili na siebie w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze. Wytwórnia Young Turks dobrze wiedziała, kogo bierze pod swoje skrzydła.

Historie ze szkolnej ławki

Może się wydawać, że historię The xx można włożyć między bajki o grupie szkolnych znajomych, którzy postanowili założyć zespół. Faktycznie, tkwi w tym ziarnko prawdy – muzycy poznali się jeszcze w liceum, choć raczej nie wskazują go jako źródła wielkiego wpływu na swoją karierę. Owszem, w murach Elliott School edukację pobierali m.in. Hot Chip, Burial i Four Tet, lecz trudno doszukiwać się analogii między ich ścieżkami, a ścieżką The xx. Wieku „nastu” lat to z jednej strony dużo i niedużo, lecz dla Olivera Sima i Romy Madley Croft był wystarczający. Szkolni przyjaciele zaczęli razem śpiewać i komponować muzykę; niedługo później dołączyli do nich gitarzystka, Baria Qureshi, oraz odpowiedzialny za klawiszowe partie Jamie Smith.

Niewiele wiadomo o początkach grupy, ale i sami muzycy nie mówią o nich zbyt wiele. Pewne jest jedno – pierwsze występy to mniej więcej rok 2005, czyli czasy pierwszej w życiu Britney Spears nagrody Grammy, debiutu Rihanny oraz podbijającego rozgłośnie radiowe Hung Up Madonny. Nie ma co ukrywać, że ze swoim nastrojowym, indie-popowym brzmieniem The xx wypadali na ich tle bardzo blado – jacy tacy cisi, spokojni, zupełnie odporni na modelową muzykę popularną, którą można było usłyszeć na każdym kroku. I może właśnie ta „inność” okazała się ich przepustką do sławy: Brytyjczycy nie musieli być głośni, błyszczący, obwieszeni cekinami. Brzmieli tak, jak grało im w duszy i pisali takie teksty, które w pewien sposób poruszały swoją prostotą, ale i zawierały całą gamę emocji. „Mniej” zaczęło znaczyć „więcej”.

Zanim jeszcze świat oszalał na punkcie Facebooka, młode talenty łowił za pomocą MySpace’a. Nie po raz pierwszy ten portal społecznościowy okazał się przepustką do kariery dla młodych muzyków – na nieśmiałe, ale pełne ciepłego, subtelnego brzmienia demo The xx natrafiła brytyjska wytwórnia Young Turks. Niedługo później czwórka licealnych przyjaciół weszła do profesjonalnego studia, by nagrać swój debiutancki album.

 

Debiut wyjątkowy

Album xx ujrzał światło dzienne w sierpniu 2009 roku i odniósł spory sukces – świeże, nastrojowe brzmienie krążka chwalili krytycy z Rolling Stone’a i NME. Jak w czasach wszechobecnego, mdłego popu, golizny i nijakości zaskoczyć muzyką – i czy to w ogóle jest możliwe? Wydawałoby się przecież, że widzieliśmy i słyszeliśmy już wszystko, lecz mimo wszystko zespołowi udało się odkryć nowe, muzyczne przestrzenie. Ciepłe, nastrojowe utwory, minimalistyczne aranżacje, zmysłowe współbrzmienie głosów Romy Madley Croft i Olivera Sima, niezwykle osobiste teksty o miłości, pożądaniu i stracie okryte subtelną, poruszającą muzyką. Połączenie R&B, delikatnej elektroniki i wokali w klimacie lo-fi okazało się być strzałem w dziesiątkę.

Tak pozytywny odbiór xx to zasługa wyczucia i doskonałego porozumienia muzyków oraz prawdziwie koronkowej roboty. Materiał często był nagrywany w środku nocy, dzięki czemu ma bardzo intymny, tajemniczy i niemal magnetyczny klimat. Co więcej, muzycy sami odpowiadali za produkcję oraz miksowanie nagrań – ostateczny kształt płyty xx to zasługa Jamiego Smitha i Rodaidha McDonalda z ramienia Young Turks. – Nie chciałem słyszeć na tym albumie wypolerowanych, perfekcyjnie dopracowanych utworów, powiedział o debiucie The xx McDonald. – Ważniejsze było dla mnie to, by oddać atmosferę, która towarzyszyła nam w tym niewielkim pokoju, w którym nagrywaliśmy. Właśnie ten intymny klimat podobał się nam najbardziej.

Ciężka praca opłaciła się, a album szybko zyskał popularność nie tylko wśród słuchaczy spokojniejszej alternatywy, ale i często pojawiał się w mediach. Single Basic Space, VCR, Islands czy Crystalized można było usłyszeć w serialach Suits, Mercy i Cold Case, w programie Next Top Model, a nawet… na pokazie mody. Kto jak kto, ale Karl Lagerfeld nie mógł się mylić; niedługo później The xx ruszyli w trasę jako support grupy Friendly Fires, a następnie zaliczyli występ na największych festiwalach USA (w tym na Coachelli i Lollapaloozie). We wrześniu 2010 roku grupa otrzymała chyba jedno z najlepszych wyróżnień, jakie mogą otrzymać debiutanci na brytyjskim rynku fonograficznym – w jej ręce powędrowała prestiżowa Mercury Prize. Tylko dla formalności dodam, że tuż po ogłoszeniu wyników sprzedaż albumu wzrosła o 269%.

Niestety, im większy sukces i oczekiwania, tym łatwiej o niezgodności czy rozbieżne interesy. Czasami drogi nawet bardzo zgranych zespołów w pewnym momencie muszą się rozejść i taka sytuacja spotkała również The xx. Oficjalnym powodem odejścia gitarzystki Barii Qureshi było wyczerpanie, jednak opuściła ona grupę wskutek decyzji jej pozostałych członków. – By być w porządku wobec Barii chciałbym dodać, że to nie była jej wola, skomentował Oliver Sim. – Taką decyzję podjęliśmy ja, Romy i Jamie – to po prostu musiało nastąpić. The xx postanowili nie tylko pożegnać się z Barią, ale i nie poszukiwać jej następczyni – i bez wątpienia trzyosobowy skład okazał się być najlepszym krokiem, jakie uczynili w tamtym czasie.

 

Współistnienie

Po tak sporym sukcesie, trasie koncertowej oraz licznych występach na festiwalach The xx dali sobie czas na nagranie nowego materiału oraz rozwój indywidualnych projektów. Jamie Smith zajął się dj-ką, zaangażował się w produkcję albumów takich gwiazd, jak Florence + the Machine, Radiohead, Drake czy Adele oraz zremiksował krążek Gila Scotta-Herona, We’re New Here. Swojej działalności nie nazywał jednak solową i nie zamierzał zostawić grupy dla własnej kariery. Podróżował, nagrywał z innymi muzykami i rozwijał się, czego efektem jest nowa porcja brzmień na drugim albumie The xx.

Krążek Coexist ukazał się więc 3 lata po debiucie i choć na pierwszy rzut oka w brzmieniu grupy nie zmieniło się wiele, wzbogacił się o warstwę elektroniczną. Nie miała ona jednak wyrwać ludzi na parkiety i zachęcać ich do tańca – chodziło raczej o muzyczne tło, nienachalną linię instrumentów o delikatnym, ale wyrazistszym niż na debiutanckim krążku rytmie. – Po zakończeniu trasy koncertowej wszyscy trochę imprezowaliśmy, przyznał Jamie Smith. – Gdy nasi rówieśnicy wychodzili na miasto i imprezowali, my występowaliśmy przed festiwalową publicznością, więc w pewien sposób czujemy, że coś nas ominęło. Dlatego też a usłyszana w klubach muzyka z pewnością miała wpływ na najnowszy materiał.

Coexist ujrzał światło dzienne we wrześniu 2012 roku i trzeba przyznać Jamiemu rację: wokal i teksty wciąż pozostały piękne, intymne i subtelne, a aranżacje minimalistyczne, jednak tym razem pojawiło się “coś więcej”. Nie są to co prawda typowo klubowe bity i z pewnością nie wyciągną one nikogo na taneczny parkiet, ale muzyka przestała być jedynie instrumentalnym tłem. Stała się pełnoprawną i integralną częścią The xx – za elektroniczne elementy w grupie od początku był odpowiedzialny Smith, ale na Coexist słychać je lepiej, wyraźniej, ciekawiej.

Powrót

Niemniej ważne są teksty, kolejna mocna strona The xx: Romy Madley Croft i Oliver Sim zawsze podchodzili do nich bardzo osobiście i skupiali się na emocjach. The Guardian pisał nawet, że ich głosy brzmią jak przenikające się szepty, które opowiadają tę samą historię z perspektywy dwóch osób. Czy można więc powiedzieć, że są uniwersalne? W pewien sposób tak – The xx są w stanie przedstawić w prostych słowach rzeczy wspólne nam wszystkim. W ich albumach odnajdziemy cząstki miłości, bliskości, wspomnień, tęsknoty, straty, wahania, niepewności. Gama uczuć zamknięta w prostych, ale niezwykle celnych słowach.

Nie ukrywam jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a cztery lata to dość długi czas oczekiwania na nowy materiał The xx. Czego możemy spodziewać się po ich najświeższym krążku? Ja obstawiałabym eksplorowanie muzycznych terenów I coraz większe pole dla różnorodnej elektroniki. Solowe doświadczenia Jamiego Smitha z albumu In Colour (nominowanego do nagrody Grammy!) to dobry trop, który z pewnością pojawi się również na nowej płycie grupy. Myślę także, że będzie na nim więcej światła, choć absolutnie nie spodziewam się dyskotekowych hiciorów. Jestem pewna, że The xx kolejny raz uda się zaskoczyć słuchaczy I być może usłyszymy także nowe, zaskakujące wokale.

A trasa koncertowa? It’s been a while but you’ve been on our minds, napisali niedawno na Facebooku muzycy grupy. I jeśli na swoje występy zapraszają w tak miły sposób, nie można im odmówić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s