Recenzje: Phantogram, Three

Jak się miewa rynek indie electro? Trzeba przyznać, że całkiem nieźle – tam, gdzie spotykają się pop, elektroniczne i lekko rockowe brzmienia, powstają chwytliwe utwory. Z pewnością nie raz bujaliście się do kawałków Purity Ring, CHVRCHES, Poliça czy Phantogram: szczególnie ten ostatni duet przyczynił się do sporej popularności brzmień spod znaku alternatywnej elektroniki. Po bardzo mocnym debiucie Eyelied Movies i godnym następcy, Voices, przyszedł czas na kolejny materiał. Czy Phantogram przeszli test „trzeciej płyty”? Czy warto sięgnąć po album Three i jak wypada on na tle pozostałych?

(recenzja ukazała się na All About Music w listopadzie)

Niestety, obawiam się, że Phantogram chyba zaczęli zjadać swój własny ogon. Powiem szczerze: słuchanie ich najnowszej płyty trochę mnie zmęczyło i nie znalazłam na niej wielu dobrych momentów (choć bardzo chciałam). Od poprzedniego krążka, Voices, minęły dwa lata – wystarczający czas, by nagrać coś świeżego – ale nie jestem do końca przekonana, czy duet dobrze je wykorzystał. Phantogram brzmią wtórnie, a ciekawych punktów na Three nie ma zbyt wiele. Jedno jest pewne: w porównaniu do wcześniejszych nagrań, nowy krążek nie brzmi jakoś wyjątkowo. Jest zwyczajnie poprawny.

Gdyby wyciąć z tego albumu słaby, wolniejszy środek i zostawić jedynie mocny początek i koniec, powstałby całkiem niezły materiał. No właśnie – gdyby. Mam wrażenie, że na krążku Three brakuje spójności i wyważenia brzmienia. Specjalnie przesłuchałam go kilkakrotnie, by wydobyć z niego coś więcej, dobre punkty zaczepienia, które mogłabym pochwalić. I tradycyjnie w moich recenzjach: coś udało się wyłuskać, ale nie ma tego zbyt wiele. Za co na pewno docenię najnowsze wydawnictwo Phantogram? Propsy za alternatywny pop, rock i elektronikę, które są ich najmocniejszą stroną i w dynamicznych utworach pokazują swoją pełną moc.

No to po kolei. Obiecujący początek w postaci Funeral Pyre jest mocnym, ciekawym momentem płyty – stanowi dobre, elektroniczno-poprockowe intro i momentami nieco przypomina Crystal Castles lub Austrę. Choć nie jest to bardzo dynamiczny utwór i większy nacisk położony na brzmienie instrumentów, niż na wokal, słucha się go bardzo dobrze. Po takim początku następuje spore zaskoczenie: Same Old Blues brzmi już nieco delikatniej, bardziej popowo, ale wciąż bardzo zgrabnie i rytmicznie. Ten kawałek jest zadziorny, podoba mi się jego energia – a ta rockowa wstawka pośrodku jest niezłym zaskoczeniem. Fajnie, że Phantogram sięgnęli po brzmienia w stylu retro, bo Same Old Blues to ciekawy, ożywiający płytę utwór. Myślę, że dobrze sprawdziłby się jako singiel. A propos singli, jak na tle całej płyty radzi sobie You Don’t Get Me High Anymore? Bardzo zacnie i zdecydowanie się wyróżnia: po raz pierwszy usłyszałam go latem i od razu mi się spodobał. Jest rytmiczny dzięki rockowej gitarze i perkusji, łatwo wpada w ucho – za takie rockowo-zmysłowe brzmienie polubiłam Phantogram i uważam, że to jeden z najlepszych punktów Three. Z pierwszej części płyty mogę pochwalić jeszcze tylko Cruel World – choć w pierwszej chwili wydawało mi się, że będzie to spokojny i równoważący pierwszą trójkę kawałek, nie jest to typowa balladka. Ma świetne przejścia, które dodają mu drapieżnego brzmienia, a refreny stylizowane na rytmy R&B? Przyznaję, że takiego brzmienia naprawdę się nie spodziewałam!

Taki mocny, obiecujący początek koszmarnie rozbijają wolniejsze piosenki. Barking Dog to utwór nieco problematyczny w ocenie: z jednej strony pojawia się wokal Josha Cartela, który stanowi odmianę dla głosu Sarah. Z drugiej jednak ten kawałek niewiele wnosi na płytę, brzmi przypadkowo i niezbyt pasuje do reszty materiału. Po co więc został na niej umieszczony? Być może zagadka rozwiązuje się w kolejnej piosence, You’re Mine – w niej również zostały połączone oba wokale, ale wciąż brzmią jakoś… nieszczególnie. Moim zdaniem ten kawałek to za dużo grzybów w barszcz i męczyłam się podczas jego słuchania. Przesłuchałam go raz i potem nie chciałam do niego wracać – z tego też powodu uznaję go za jeden z najsłabszych momentów Three. Answer to znów mieszane uczucia; na początku pomyślałam, że to ładna balladka z lekką, rockową wstawką, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem podobała mi się coraz mniej. Ok, mamy brzmienie w stylu retro, mamy spokojniejszy klimat i dwa wokale, ale… znów coś mi nie gra. O ile do głosu Sarah nie mam zastrzeżeń, o tyle brzmienie Josha po prostu mi tu nie pasuje, a wręcz przeszkadza. W dodatku rwane sekwencje pianina i efekt zdartej płyty brzmią na niedopracowane, rozbijające linię melodyczną i zwyczajnie męczą. A Run Run Blood: czy to powrót dobrej passy Phantogram? Niestety, znów i tak, i nie – o ile wokal Sarah nieco przypomina mi M.I.Ę. w rockowo-elektronicznej wersji i brzmi świetnie, reszta nie zachwyca. Kolejny raz wszystkiego jest za dużo i sama nie wiem, na czym się skupić podczas słuchania. Najbezpieczniej byłoby chyba zostać przy tym, że „nie mam zdania”, choć uważam, że ta piosenka naprawdę ma spory potencjał, który nie do końca został wykorzystany.

Zmęczona tymi kilkoma słabszymi utworami na Three, nie spodziewałam się zbyt wiele i już już, miałam spisać ten album na straty. A tu proszę, zakończenie brzmi naprawdę ciekawie – moje obawy zażegnał np. kawałek Destroyer. Jest o wiele bardziej wyważony, niż pozostałe piosenki na płycie i słucha się go z przyjemnością. To jedyny wolny utwór w tym zestawieniu, który brzmi dobrze od początku do końca. Podobne wrażenie mam w kwestii Calling All: jest chwytliwy, radiowy, dobry i rytmiczny, a czegoś takiego bardzo mi brakowało. To jeden z najciekawszych utworów na płycie – na samym początku zaskoczył mnie nieco hip-hopowy wokal Sarah, ale dzięki temu przykuł moją uwagę. Przyczepię się jedynie do jego miejsca na Three: ja zdecydowanie umieściłabym go na pierwszej części krążka. I zamiast słabego, nijakiego środka, dodałabym do tracklisty kilka piosenek właśnie w stylu Calling All!

Podsumowując najnowszy krążek Phantogram, nie powalił mnie on na kolana, ale jest w porządku. Ma swoje dobre momenty w postaci szybkich, dynamicznych utworów, ale i nie brak mu dziwnych, jakby niedopracowanych piosenek. Moim zdaniem amerykański duet ma niektóre rzeczy do poprawki, lecz nie spisuję go na straty – wciąż uważam Phantogram za jeden z najciekawszych zespołów na scenie indie electro. I życzę, by tę pozycję wciąż utrzymał!

phantogram_3

Phantogram, Three

2016 / Republic Records

Ocena MLA: 6.5 / 10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s