Recenzje: Trentemøller, Fixion

Andersa Trentemøllera nie trzeba przedstawiać nikomu – w 2006 Duńczyk zadebiutował mocnym, wyrazistym albumem The Last Resort, który przyniósł mu  rozgłos na scenie elektroniki. Niegdyś obracał się głównie wokół techno, minimalu i klubowego brzmienia, dziś zaś śmiało sięga po dorobek lat 80. i 90. Efekty? Bardzo dobry, ciekawy i dopracowany krążek Fixion – momentami ciężki, duszny i może nie dla każdego, ale jedno jest pewne. Muzycznie wyśmienity.

(recenzja ukazała się na All About Music w styczniu 2017)

Wstydźcie się redaktorzy Guardiana, którzy nazwaliście album Fixion „pastiszem” i oceniliście zaledwie na dwie gwiazdki. Wyjątkowy zmysł Trentemøllera do łączenia elektroniki z brzmieniem rocka, punku czy synthu lat 80. i 90. zasługuje na wyróżnienie, zaś płyta – na wysokie miejsce wśród najlepszych krążków tego roku. Fixion przywołuje klimaty Joy Division, Bauhaus czy Siouxsie and the Banshees, najbardziej lubianych przez Trentemøllera artystów; nic więc dziwnego, że jego najnowszy krążek jest mocno inspirowany ich twórczością. Wbrew pozorom elektroniki wciąż na nim sporo, zaś wokalnie wspomagają Duńczyka trzy wyjątkowe kobiety: Jehnny Beth z Savages, Marie Fisker oraz Lisbet Fritze. Jak brzmi Fixion i czy ten album wyznacza zupełnie nowy etap w karierze Trentemøllera?

Dwanaście utworów składających się na album Fixion to bardzo dopracowany i dojrzały materiał. Nostalgiczny, jakby nieco rozmarzony początek w postaci One Eye Open już od pierwszych chwil wskazuje, że mamy do czynienia z zupełnie nowym brzmieniem Trentemøllera: z jednej strony mocne i szybkie utwory, z drugiej zaś łagodzące to tempo instrumentalne kompozycje. Duńczyk zgrabnie porusza się między mrocznym klimatem i minimalową dynamiką; mistrzowsko rozmywa wokale i łączy je z rockowym brzmieniem. Motywy „z krainy dreszczowców” przewijają się przez cały ten krążek – na uwagę zasługują tajemniczy Never Fade, groźny Sinus czy smutny, przeszywający Complicated. Nie zabrakło także szybszych utworów o niemal rockowym rytmie – Circuits jest wyrazisty, piekielnie rytmiczny i słucha się go z ciarkami na całym ciele. Z kolei River In Me przywodzi na myśl punkowo-gotycką królową, Siouxsie Sioux.

Jeśli na Fixion poszukujecie elektronicznych elementów, nie zawiedziecie się. Może nie są to już typowe techno i dub, z którymi do tej pory kojarzony był Trentemøller, ale ja bardzo doceniam tę ewolucję Duńczyka – nie zapomniał o instrumentalnej warstwie i zgrabnie wplótł ją w swoją muzykę. Dźwięki zaczerpnięte rodem z berlińskich klubów łączą się z mrocznym klimatem elektronicznego rocka; utwory Sinus, Phoenicia i November łagodzą dynamiczniejszą część płyty i budują klimat. Podobnie Spinning – w pierwszej chwili spodziewałam się całkowicie instrumentalnego, ale w drugiej części pojawia się przenikliwy, wokal Marie Fisker. Brzmi niemal filmowo i moim zdaniem doskonale sprawdziłby się na szklanym ekranie jako muzyczne tło.

Najmocniejsze momenty płyty? Naprawdę trudno mi je wybrać: moim osobistym numerem jeden jest Complicated. Niby bardzo dynamiczny i wyrazisty, ale jednocześnie smutny i przeszywający do głębi dzięki wyjątkowemu wokalowi Jehnny Beth. Dzięki niemu brzmi i słodko, i mrocznie. Drugie miejsce dla Redefine – to z kolei najdelikatniejszy utwór na płycie i choć ma niemal popowy rytm, ma w sobie pewną gorycz. Pierwszą trójkę zamyka My Conviction, kolejna spokojniejsza kompozycja, która łagodzi siłę dynamiczniejszych piosenek. Nieco orientalne, instrumentalne elementy przewijają się przez cały utwór, dzięki czemu w wyjątkowy sposób budują napięcie. Bardzo pochwalę również Where The Shadows Fall – to spokojne zamknięcie bardzo emocjonalnej, niezwykle złożonej płyty. Momentalnie skojarzył mi się ze słynnym utworem z Miasteczka Twin Peaks: Where The Shadows Fall bardzo przypomina Falling Julee Cruise. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż wokalnie urozmaiciła go Lisbet Fritze, ówczesna partnerka Trentemøllera.

Nie jestem pewna, czy uda mi się opisać Fixion choćby w połowie. Nie jest to album dla każdego – niekiedy jego brzmienie może wydawać się zbyt ciężkie, wręcz przytłaczające i depresyjne, lecz z drugiej strony… to cały Trentemøller. Czy gra techno, czy miesza je z brzmieniem lat 80. i 90., zawsze pełno w nim nostalgii, tajemnicy, melancholii. Jest więc i pięknie, i smutno.

fixion
(obrazek: stąd)

Trentemøller, Fixion

2016 / In My Room

Ocena MLA: 9.7

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s